Moja lista blogów

poniedziałek, 10 lutego 2014

twarzą w twarz

Dziś po raz pierwszy miałam tą niewątpliwą "przyjemność" poznania co to znaczy dziecko próbujące przekonać rodzica do swoich racji w miejscu publicznym. Ponieważ od dwóch dni wprowadziłam w życie plan "Miłoszku, świat bez wózka", ponieważ już niebawem stelaż będzie musiał wrócić do gondoli dla Olka. Pomyślałam, że to ostatni dzwonek, aby przyzwyczaić nie tylko Miłosza, ale i siebie do spacerowania bez wózka. Więc plan w życie został wdrożony. Najpierw był samodzielny wyjazd do centrum autobusem. Wspólne, za rączkę przejście na przystanek. Pierwszy raz obył się bez żadnego problemu. Mama postawiła przed sobą "dorosłego" osobnika i prosząc, aby patrzył na nią, wytłumaczyła jak osobnik musi się zachować, aby wszystko było bezpiecznie i bez biegania po całej ulicy za dzieckiem (bo wolność to mój syn sobie ceni. Zwłaszcza jak ma kałuże po drodze;)). Dziecko zrozumiało, matka dumna, pełna wiary:) Kolejny dzień, również upłynął nam dobrze. Mama wytłumaczyła, dziecko posłuchało- sielanka! Dziś początek też dobry. Mama wytłumaczyła przed wyjściem, że na bazarek po pantofelki i suszone owoce jedziemy. Na pytanie mamy, czy będzie grzecznie szedł za rączkę (kiedy wyjaśniłam plan wycieczki) syn z uśmiechem odparł nie...ale matka niezrażona, raz jeszcze powtórzyła patrząc cały czas na syna, a on na nią. Wszystko było ok, do czasu....na bazarek mamy troszkę od przystanku, więc Malcowi nóżki odmówiły już posłuszeństwa (co rozumiem). Przytuliłam, chwilkę postaliśmy i wyjaśniłam, że już jesteśmy w drodze powrotnej do autobusu. Biedne, zmęczone oczka, patrzyły cały czas na mamę, kiedy wyjaśniała, że już wracamy, że już niedaleko, że niestety nie mogę go ponieść (mimo, iż chciał), bo nie mogę dźwigać. Staram się nie mówić, że mamusia ma w brzuszku Olusia i dlatego nie może czegoś zrobić, aby nie poczuł się odrzucony, gorszy.
Jednak dziecko, jak to zmęczone dziecko zaczęło wydziwiać, płakać, klękać na chodniku i wreszcie (moje ulubione:/) kłaść się na ziemi i płakać.
Pierwsza myśl matki: a może dam radę go zanieść. A potem odezwała się w matce asertywność i zdrowy rozsądek: nie pokazuj, że to podziała, bo następnym razem....uffff...Matka podniosła Delikwenta i z największą dozą czułości, jaką była w stanie wykrzesać z siebie poprosiła, aby spojrzał na nią i tłumaczyła powoli, ciepło, spokojnie. Delikwent płakał, potem znowu troszkę płakał, a potem zrozumiał i ruszył dalej sam 3 metry. Po pokonaniu tego dystansu powtórka z rozrywki i tak kilka razy, zanim doszliśmy do autobusu. Za każdym razem oboje powtarzaliśmy swój schemat. Ludzie patrzyli, co mój syn wyprawia i na mnie ciągle. Ignorowałam ich...nie jest dla mnie ważne co myśli pan (i) X, Y. Ważny był mój syn i moja konsekwencja. Droga do domu z przystanku wcale nie była inna, ale znalazłam w sobie spokój i ogromne pokłady konsekwencji, dzięki czemu bezpiecznie dotarliśmy do domu (nie liczę ubłoconego ubrania Miłosza, ale luz pralka wypierze).

Od samego początku, kiedy zmierzam się z rodzicielstwem, znajduję w sobie jakieś moce, które pozwalają mi nie tylko na odnalezienie w sobie cierpliwości, ale i  konsekwencji. Tak, tego nauczyło mnie bycie rodzicem: konsekwencji w działaniu, spokoju w trudnych sytuacjach oraz odpowiedzialności.
Od jakiegoś czasu stosujemy z mężem metodę "patrz na mnie", kiedy coś tłumaczymy Miłoszowi lub nie chcemy dawać mu kary, a jednocześnie uświadomić, że jakieś zachowanie jest złe, niepotrzebne itd.

O dziwo coraz częściej się przekonujemy, że to naprawdę działa i  jeśli tylko nie staramy się górować nad dzieckiem i mówimy spokojnie jak do równego sobie. Podczas jednego tłumaczenia nieraz się nagadamy, aby patrzył na nas, ale widzimy tego efekty:)
Wydaje nam się, że to lepsza metoda na małego łobuziaka, niż kara. Choć mamy świadomość, że i ta metoda pewnie za jakiś czas pewnie powróci. Tak wspólna rozmowa z dzieckiem i próba wyjaśnienia pewnych aspektów życia jest bardzo cenna. Zgadzam się w pełni z psychologami, że aby dziecko słuchało tego co się mówi, musi być skupione na rodzicu. Jedyne co nam pozostaje, to dalsze trwanie w konsekwentnym wychowaniu i zachowanie spokoju (co nie zawsze jest łatwe), ale możliwe:)

foto: internet

21 komentarzy:

  1. Bardzo mądry post i podoba mi się Twoje podejście! Też twierdzę, że nikt tak nie nauczył mnie cierpliwości, która odradza się po kilka razy dziennie i konsekwencji jak mój Mikołaj;-) No i podziwiam Cię, że odważyłaś się wyruszyć dalej z Miłoszem i brzuszkiem;-)) ja to mogę ulegnąć jak już brak argumentów, ale z nowym lokatorem w brzuchu to już nie za bardzo;/ Silna Kobieta z Ciebie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj, dziękuję Haniu. Ty zawsze tak dodasz mi sily i wiary w siebie:) a mysle, że jak pojawi sie u Ciebie drugi brzuszek, to sobie i tak świetnie poradzisz:)

      Usuń
  2. no proszę :-)
    a moja 1,5 roczna córcia grzecznie za rączkę chodzi i nie chce w wózku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. u nas Miłosz też wózka nie chce, ale wtedy musiałabym biegać za nim ciągle, co z brzuchem nie jest łatwe, ale gratulacje dla Poli:)

      Usuń
  3. Dobrze jest mieć oko potrafiące znaleźć piękno w naszym świecie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Faktycznie podejście godne podziwu ;)

    http://rodzice-plus-dziecko.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. ja niestety nie ma takie cierpliwości ode mnie lepszy w tym jest mój mąż, dlatego aj w kryzysowych sytuacjach się wycofuję...choleryk ze mnie jest, dlatego zazdroszczę czasami sowjemu męzowi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurde, Ty jesteś cholerykiem?! no, nie w życiu bym tak nie powiedziała....

      Usuń
    2. A POZA TYM WSPANIALE SOBIE RADZISZ! Wystarczy spojrzeć na Jasia i Alę, to szczęśliwe dzieci i mam czasem wrażenie, że to istne anioły:)

      Usuń
  6. Też jakiś czas temu wdrożyłam tą metodę i widzę, że czasem kiedy Zosia jest mocno wzburzona nie chce na mnie spojrzeć. Ale uczymy się tego obie. Choć u mnie z cierpliwością bywa różnie, to konsekwencji mi nigdy nie brakuje, więc niestety, ale Zosia jest na z góry straconej pozycji ;) Bywa ciężko, ale jakoś udaje nam się załagadzać takie ciężkie momenty...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj, czasem i u nas jest mały impas i znam to uczucie, ale zawsze próbujemy mimo wszystko:) Masz rację, żę najwazniejsze to ciągle próbować:)

      Usuń
  7. A co jeśli przestanie patrzeć na Was?? Fajna ta metoda, sama stosowałam ją z Em, do momentu gdy moja córka ma miliardy innych rzeczy do zrobienia niż patrzenie na mnie. No i przekora jej się włączyła, więc już tak łatwo nie ma :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wtedy spróbujemy czegoś innego. Nie twierdzę, że ta metoda działac będzie zawsze, bo mam świadomość, że tak nie będzie. Będę starała się w inny sposób (nie wiem jeszcze jaki, ale coś wymyślimy i znajdziemy), aby w mądry i rozsądny spsób wychowywać nasze dzieci:)

      Usuń
  8. Gratuluję kochana, że znalazłaś w sobie tą wielką cierpliwość i konsekwencję.
    A ludźmi się nie przejmuj :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję, to wiele dla mnie znaczy, bo ja nigdy do cierpliwych nie nalezałam. ludźmi nauczylam się nie przejmować kiedy zaczęłam pracę nad swoją samooceną:)

      Usuń
  9. Postępowałam i postępuje podobnie. 2 razy wyszłam z siebie tylko. raz gdy mi się Kacper połozył naprzejściu dla pieszych w samej kałuży i rugi raz ostatnio gdy stwierdził że pobiegnie za tatą i nie reagował na upomnienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj i nam pewnie się zdarzy nie raz. grunt to mieć świadomość podejścia do dziecka. reszta sama przyjdzie- tak myśle

      Usuń

Fajnie, że zechciałaś/ -eś się wypowiedzieć, dziękuję:)