Moja lista blogów

wtorek, 25 lutego 2014

czyżby to był ostatni spacer w tym składzie?

Ponieważ niedziela rozpieszczała nas piękną słoneczną pogodą i delikatnym mrozikiem, postanowiliśmy po mszy, a przed obiadem wybrać się na spacer. Nasze kroki (a raczej koła) powędrowały w stronę krakowskiego parku AWF.




 Nie ma to jak patyczki, ziemia, listeczki....
Spacer naładował nas niesamowicie pozytywna energią, oczyścił myśli i dał zalążek małych niedzielnych zmian:) Ciekawe, czy wspólny rodzinny spacer będzie już Olkiem, czy jeszcze będziemy szaleć po parku w tercecie?!:)

sobota, 22 lutego 2014

open the window

Dzisiejsza sobota minęła pod patronatem mycia okien. Ponieważ Aleksander wyznaczony termin przez lekarkę ma za 2 tygodnie (choć Bóg sam jeden wie, kiedy to będzie), powoli przygotowujemy dom na młodego osobnika. Miłosz bardzo dzielnie pomaga w porządkach. Z resztą On uwielbia pomagać w sprzątaniu, więc czemu ja nadal tak się tym dziwie i nacieszyć nie mogę?!:)

W tygodniu sama umyłam dwa okna ( w kuchni i łazience), po czym dostałam niezłą burę od męża, który z sarkazmem stwierdził, że aż dziw bierze, że w tym stanie firanek nie uprałam ze wszystkich pokoi...(chciałam, ale już po tych dwóch oknach sił nie miałam na więcej..). Dziś z pomocą przyszła moja mama, która dzielnie i z największą przyjemnością walczyła z pozostałymi oknami (kocham Cię mamo i raz jeszcze bardzo dziękuję za pomoc:*). Najdziwniejsze jest tylko to, że ja raptem posprzątałam (jak co sobota) niewielka część domu, a byłam tak potwornie zmęczona, jakbym tydzień w kamieniołomie pracowała. Ach, ta ciąża...ale już niedługo.

Z racji wyjazdu "służbowego" do szpitala w najbliższym czasie, dziś zafundowałam sobie fryzjera:) Jednak nie wiem, czy to pogoda, czy zmęczenie ogólne, ale jedyne o czym marzyłam, kiedy Pani Dominika rozpieszczała moje włosy, to powrót do domu do łóżka:) Powrót i był, ale łóżko już nie. Pomogła za to mała kawa i ploteczki z mamą;)

Jutro moi dwaj bracia obchodzą urodziny (ale nie są bliźniakami. Po prostu obaj urodzili się w tym samym dniu i miesiącu, ale z ośmioletnią różnicą) więc mama organizuje rodzinny obiad na ich święto. Będzie tzw. przez nas "pyszne ciasto", które mama miała jeszcze siłę (choć nie wiem skąd) zrobić zamiast tortu. Także niedziela zapowiada się wolnością kulinarną herbaty;) A ponieważ kocham obiady mojej mamy, to czeka nas błogie smakowanie i lenistwo:)

Ale dziś...dziś marzy mi się kąpiel w wannie..taka ciepła...z solą relaksacyjną....z błogim leżeniem i odpoczywaniem po całym tygodniu....jak mi tego brakuje....
Niestety nie zamierzam ryzykować chwili przyjemności, bo nie chcę przyspieszać (przynajmniej na razie) porodu Olka. Już z Nim ustaliłam, że do 27 lutego do godz. 17:30 nie rodzimy, bo Miłoszek idzie na swój pierwszy bal karnawałowy, który organizują wspaniałe Mamy blogerki. W poniedziałek jedziemy wybierać kostium dla mojego Malca w wypożyczalni. Bardzo jestem ciekawa, czy Synowi spodoba się na balu. Choć wierzę w to mocno, że tak, bo bardzo lubi towarzystwo innych dzieci:)

Teraz jednak zmierzam na kolacyjkę (dziś po dwóch dniach przerwy znowu koktajl z selera, jabłka i cytryny. Pyszności:)!!!!)

Spokojnej niedzieli:*

PS. Mój mąż nie chce mi przywieźć spaghetti od mamy  na kolacje, mimo, że brata mojego odwozi:(:/

czwartek, 20 lutego 2014

Dwa lata

Minęły jak jeden dzień. Pamiętam tamten dzień: w wynajmowanym jeszcze wtedy mieszkanku, z głową pełna pomysłów, wątpliwości; średnią znajomością świata komputerowego i nie znajomością świata blogowego. Padła decyzja, ok zrobię to! Pierwsze kroki...nazwa (z tym było najtrudniej)...potem uzupełnianie, informacje i jest on: pierwszy post. Potem kolejny, kolejny i tak do dzisiaj jest ich 347:)

347 fragmentów pamiętnika kobietki....95 obserwatorów...ponad 60 000 wyświetleń...

Dziękuję, że jesteście...nie za statystyki, bo one są nieistotne. Dziękuję, że jesteście częścią mojego życia...że mogę liczyć na wasze wsparcie, miłe słowo, czasem lekką dygresje;) za opinię, radę...za wasze blogi.

Nie przypuszczałam, że blogowanie może dawać tyle radości, że dzięki takiemu sposobowi komunikacji można poznać wielu ciekawych i wspaniałych ludzi, że choć z większością się nie znam osobiście na co dzień, ale czuję jakbym poprzez blog spotykała się na kawie z koleżanką, kolegą....to takie miłe i budujące:)
Pisanie jest dla mnie ważne i dlatego nie zamierzam przestawać....Piszę o sobie, o tym co mnie otacza, o swoich poglądach, rodzinie, marzeniach, celach., ale to wiecie;)
Jeszcze raz dziękuję:*

Taki podsumowawczy postowy top 5 wg statystyk;) to właśnie te posty cieszą się największym powodzeniem czytelniczym przez okres ostatnich dwóch lat:

ps. przypominam o konkursie urodzinowym o którym pisałam TUUUUU:) i serdecznie zapraszam do udziału w zabawie...










wtorek, 18 lutego 2014

dobrze czuć się ze sobą

To nie jest łatwe, kiedy jest się człowiekiem zakompleksionym, z niską samooceną i wyglądem, który określić można jako "duża dziewczyna".
Jako nastolatka byłam duża, ciągle mi to w domu wypominano, ciągle zwracano uwagę na wygląd, na zachowanie. Miałam mnóstwo znajomych, byłam lubiana i optymistycznie nastawiona do życia. Jednak nie umiałam lubić samej siebie. Nie akceptowałam siebie przez mój wygląd, przez uczucia jakie mną szargały...

Jakimś dziwnym trafem, mimo, że miałam "słomiany zapał" do zmian w swoim życiu i wiele razy próbowałam. Mając dopiero 16-cie lat znalazłam w sobie siłę, odwagę i motywację, aby w końcu stać się panią swojego losu. I tak też zrobiłam....Nie było łatwo, wiele mnie kosztowało to pracy nad sobą, ale się powiodło. Nie w tydzień czy miesiąc, ale trwało latami. Tak naprawdę po jakichś 5-ciu latach zaczęłam odnajdywać siebie, swoje cele, swoje aspiracje, swoje wyczucie. Swoje dało początek zmianom, które dziś uzmysławiają mi, że jestem tym, kim chce być!!!!

Nie wiem skąd ta siła, skąd to zaparcie, ale udało się. Dziś dzięki uzmysłowieniu sobie swoich potrzeb, umiem pracować nad sobą, umiem postawić sobie granicę, umiem zmobilizować siebie do życia i wysiłku jaki chcę osiągnąć (nie koniecznie fizyczny). Czuję się silna, pewna siebie...nareszcie czuję i robię to co uważam, że jest dla mnie a nie dla innych najważniejsze. To daje mi siłę, aby wstawać rano z uśmiechem (nawet o 6-ej rano), cieszyć się chwilą, życiem, czasem jaki został mi dany....
Dziś umiem popatrzyć na siebie, jak na piękną kobietę, umiem wreszcie czuć się dobrze i seksownie w swoim ciele:)
To można osiągnąć, to da się zrobić....Trzeba nie tylko chcieć, ale przede wszystkim działać!!!
Jak? Normalnie, złapać byka za rogi i pokazać mu, kto tu rządzi! Nie odpuszczać sobie, tylko być konsekwentnym. Tylko tak można osiągnąć zamierzony cel!! Mnie motywowało mówienie sobie samej co dzień komplementów w myślach, przed lustrem. Za każdym razem patrzyłam na swoje odbicie z uśmiechem (niezależnie od nastroju). Szukałam mądrych sposobów na asertywność, na styl, na wygląd. Poszukałam siebie i swoich pasji, pragnień. Pozwoliłam im przejąć władzę nad swoimi obawami, nad swoimi kompleksami...

Nie ma złotego środka, trzeba go sobie wypracować samemu, bo każdy z nas jest inny, ma inne cele, aspiracje, problemy i co innego go motywuje. Kiedy już odnajdzie się wewnętrznie siebie, wtedy trzeba pozwolić działać sobie, swoim pragnieniom.....Doceniać i cieszyć się z każdego małego kroku, bo on właśnie przybliża nas do tego, do czego dążymy...

Teraz łatwiej jest iść przez życie i rozwiązywać problemy. Czerpać z Niego ile można, cieszyć się najdrobniejszą i najmniejszą rzeczą, jaka nas spotyka:)

poniedziałek, 17 lutego 2014

zielone światło dla każdego

Kocham seler (ten biały) najbardziej w postaci surówki z odrobiną jogurtu naturalnego i suszoną żurawiną. Pyyycha!!:) Moja miłość do tego warzywa trwa już kilka dobrych lat i raczej się nie zanosi, aby miała upaść;) Puki co, tylko mąż jest na jego względy odporny, ale liczę, że w przestrzeni lat i On choć polubi białasa:) Każdy mówi, że warzywa to zdrowie, witaminy itd. Jednak nigdy nie wnikałam jakie i czy watro go jeść często. Więc pogmerałam troszkę tu i ówdzie i znalazłam wiele cennych informacji:) Jest wart mojej miłości, to fakt;)!!!
Szperając znalazłam, a raczej może odkryłam istnienie selera naciowego. Tak, poważnie!:) Kiedy poznałam jego właściwości dobroczynne nie tylko dla zdrowia i figury, ale przede wszystkim dla stanu w jakim jeszcze przez chwile się znajduję pokochałam i jego.
Dlaczego warto spożywać seler naciowy? Ponieważ:

  • świetnie oczyszcza organizm z toksyn i nie zatrzymuje wody w organizmie,
  • ma w sobie więcej wit. C niż cytrusy!!!
  • zawiera naturalną wit. B kompleks wraz z kwasem foliowym i wit. PP,
  • jest bogaty w wit. E i beta- karoten (ale te ciemniejsze liście ),
  • ma najwięcej fosforu, wapnia, magnezu, cynku i potasu ze wszystkich warzyw bulwiastych:)
  • odtruwa organizm i pomaga leczyć nadciśnienie,
  • ułatwia odchudzanie, gdyż posiada zaledwie 7 kcal!
Jeśli chodzi o mnie, to te informacje wystarczyły, aby pobiec do sklepu i kupić to cudo;) Jednak smak naciowego pozostawia wiele do życzenia:/ N cóż, kłamać nie będę, że to cud miód i orzeszki, ale te cenne składniki dla zdrowia do mnie przynajmniej przemawiają. 
Tak więc od 3-ch dni "delektuję" się koktajlem z selera naciowego, na który przepisów w necie jest masa!
To kwestia przyzwyczajenia, wiem...jak ze wszystkim:) Ale warto zrobić to dla siebie i swojego organizmu. Przynajmniej mniej tabletek się człowiek nałyka, co może choć trochę odciąży wątrobę, a mojej małej dziecinie doda cennych składników i wzmocni:)

konkurs z pomocą w tle

Ponieważ zbliżają się kolejne urodziny mojego bloga (juuupiii:)) chciałam zorganizować małe rozdanie. Miałam miliony pomysłów, jak to zorganizować i nie wszystkie widziały mi się sensowne, dlatego dopiero pomysł milion jeden okazał się tym właściwym. A ponieważ do urodzin jeszcze kilka dni, a ja cierpliwością nie grzeszę, więc zaczynam już dziś:)!!!!
Sprawa jest prosta. W Polsce w każdym jej zakamarku popularne są akcje zbierania nakrętek dla potrzebujących, w jakimś konkretnym celu. Niby, to tylko zbieranie nakrętek, ale jakże ważne dla tych, którzy liczą na wsparcie. W konkursie może brać udział każdy, kto chciałby pomóc:)
Warunki konkursu:

  1. konkurs trwa od 17.02.2014 - 21.03 2014 r.do godziny 24:00
  2. należy potwierdzić udział w komentarzu oraz przesłać zdjęcie na maila: monika.koziel13@gmail.com w którym będzie liczba i zdjęcie waszych uzbieranych nakrętek lub zdjęcie z przekazania ich oraz na jaki cel charytatywny zostały uzbierane (możecie podlinkować Waszych wybrańców) jak również umieszczenie banerka na waszych blogach z linkiem do tego candy. Liczę na szczere maile, gdyż nie mam możliwości zweryfikowania przekazania nakrętek, a chciałabym aby potrzebujący naprawdę je otrzymali:)
  3. z pośród wszystkich nadesłanych maili, wylosuję jednego zwycięzcę, który otrzyma nagrodę ufundowaną przeze mnie, a wasze zdjęcia umieszczę w poście z wynikami akcji:)
  4. Nagroda wysyłana będzie tylko na terenie Polski.
  5. Nagrodą w candy są perfumy  DKNY be delicious 100ml (perfumy są z rozlewni- nie jest to oryginał, jedna zapach i trwałość jest równie dobra).
BANER DO POBRANIA:



Gorąco zachęcam do udziału w tej zabawie:)

czwartek, 13 lutego 2014

Kolorowanki Miłosza- galeria pierwsza

Ponieważ Milosz lubi malować, jak na takiego małego Baczka uważam, że radzi sobie całkiem nieźle (jak każda matka o swoim dziecku), a że nie wszystkie Jego prace zmieszczę w pudełku pomyślałam, że uwiecznię je w formie małej galerii. Kilka prac mojego Malca:)




tak naprawdę jest tych rysunków masa, ale coś trzeba było wybrać:)

wtorek, 11 lutego 2014

a jednak to nie mity

W pierwszej ciąży z Miłoszem byłam przekonana, że wszystkie te typy, które pisze się o ciąży, o tym jak się ją znosi, przechodzi, że to bzdury. Nic mi się nie sprawdziło. Nic, a nic! Nie miałam nudności, bólu piersi, smaków na słodkie lub tłuste. Nic tak naprawdę nie zadziałało, nawet oznaki porodu! Wszystko poszło tak, jak nie "statystycznie", bo to chyba o to chodzi. Nie było żadnego efektu wicia gniazda, niczego, co by mogło świadczyć o tym, że tak jestem w ciąży i niedługo rodzę. Jedyne co to efekt puchnięcia jak balon wodą.
Ta ciąża, druga z Olkiem jest zupełnie inna. Przeszłam chyba przez wszystkie możliwe zabobony ciążowe: smaki, nudności, senność na początku, po niesamowitą aktywność do dnia dzisiejszego.  Pojawiały się zachcianki (z którymi udało się wygrać dzięki Bogu), pragnienia, ciągłe pobudzenie seksualne, energia do zaskakującego funkcjonowania w ciągu dnia (mogłabym maraton przebiec), aż po efekt wicia gniazda.
Szaleję w domu i to na sama końcówkę. Wczoraj chciałam tylko odpoczywać ( nie wyszło), a dziś umyłam okna, posprzątałam spiżarnię. Najchętniej wyprałabym jeszcze firanki, ale mąż by mnie chyba prześwięcił, gdybym je w tym stanie ściągała. Nie wiem skąd, ale mam taka potrzebę sprzątania... a nie przepadam za tym (wolę prasowanie)....

Zawsze uważałam to za mit, za chyba nudy w domu. Ale teraz? Ledwo czasem zakręt łapię, a okna mam lepiej niż na święta wypucowane:) To dziwne...może jest tak dlatego, że teraz jestem u siebie, na swoim. Może własnie to jest tego efektem, a nie szalejące hormony?
I stwierdzam, że to nie mity, te wszystkie ciążowe zabobonki. Chyba każda kobieta przechodzi je na różny (swój) sposób i nie ma reguły na charakter ciąży?

To co jednak łączy obie moje ciąże, to ich cudowny czas trwania, ich inność na oczekiwanie wspaniałych malców:) Myślę, że będzie mi brakowało (kiedyś) tego stanu, uczucia....Z sentymentem pewnie wspominać będę ten czas, kiedy oczekiwaliśmy chłopców.  Teraz czekam już tylko na poród. Nie boje się, bo wiem co mnie czeka, jak może być i jak się zachować w pewnych sytuacjach. I mam ogromna nadzieję, że skoro ciąże były różne, to poród będzie taki sam, czyli szybki (bez bóli pleców itp). Ale na to też nie mam wpływu...i to chyba tez jest fantastyczne w ciąży- jej nieprzewidywalność....

poniedziałek, 10 lutego 2014

twarzą w twarz

Dziś po raz pierwszy miałam tą niewątpliwą "przyjemność" poznania co to znaczy dziecko próbujące przekonać rodzica do swoich racji w miejscu publicznym. Ponieważ od dwóch dni wprowadziłam w życie plan "Miłoszku, świat bez wózka", ponieważ już niebawem stelaż będzie musiał wrócić do gondoli dla Olka. Pomyślałam, że to ostatni dzwonek, aby przyzwyczaić nie tylko Miłosza, ale i siebie do spacerowania bez wózka. Więc plan w życie został wdrożony. Najpierw był samodzielny wyjazd do centrum autobusem. Wspólne, za rączkę przejście na przystanek. Pierwszy raz obył się bez żadnego problemu. Mama postawiła przed sobą "dorosłego" osobnika i prosząc, aby patrzył na nią, wytłumaczyła jak osobnik musi się zachować, aby wszystko było bezpiecznie i bez biegania po całej ulicy za dzieckiem (bo wolność to mój syn sobie ceni. Zwłaszcza jak ma kałuże po drodze;)). Dziecko zrozumiało, matka dumna, pełna wiary:) Kolejny dzień, również upłynął nam dobrze. Mama wytłumaczyła, dziecko posłuchało- sielanka! Dziś początek też dobry. Mama wytłumaczyła przed wyjściem, że na bazarek po pantofelki i suszone owoce jedziemy. Na pytanie mamy, czy będzie grzecznie szedł za rączkę (kiedy wyjaśniłam plan wycieczki) syn z uśmiechem odparł nie...ale matka niezrażona, raz jeszcze powtórzyła patrząc cały czas na syna, a on na nią. Wszystko było ok, do czasu....na bazarek mamy troszkę od przystanku, więc Malcowi nóżki odmówiły już posłuszeństwa (co rozumiem). Przytuliłam, chwilkę postaliśmy i wyjaśniłam, że już jesteśmy w drodze powrotnej do autobusu. Biedne, zmęczone oczka, patrzyły cały czas na mamę, kiedy wyjaśniała, że już wracamy, że już niedaleko, że niestety nie mogę go ponieść (mimo, iż chciał), bo nie mogę dźwigać. Staram się nie mówić, że mamusia ma w brzuszku Olusia i dlatego nie może czegoś zrobić, aby nie poczuł się odrzucony, gorszy.
Jednak dziecko, jak to zmęczone dziecko zaczęło wydziwiać, płakać, klękać na chodniku i wreszcie (moje ulubione:/) kłaść się na ziemi i płakać.
Pierwsza myśl matki: a może dam radę go zanieść. A potem odezwała się w matce asertywność i zdrowy rozsądek: nie pokazuj, że to podziała, bo następnym razem....uffff...Matka podniosła Delikwenta i z największą dozą czułości, jaką była w stanie wykrzesać z siebie poprosiła, aby spojrzał na nią i tłumaczyła powoli, ciepło, spokojnie. Delikwent płakał, potem znowu troszkę płakał, a potem zrozumiał i ruszył dalej sam 3 metry. Po pokonaniu tego dystansu powtórka z rozrywki i tak kilka razy, zanim doszliśmy do autobusu. Za każdym razem oboje powtarzaliśmy swój schemat. Ludzie patrzyli, co mój syn wyprawia i na mnie ciągle. Ignorowałam ich...nie jest dla mnie ważne co myśli pan (i) X, Y. Ważny był mój syn i moja konsekwencja. Droga do domu z przystanku wcale nie była inna, ale znalazłam w sobie spokój i ogromne pokłady konsekwencji, dzięki czemu bezpiecznie dotarliśmy do domu (nie liczę ubłoconego ubrania Miłosza, ale luz pralka wypierze).

Od samego początku, kiedy zmierzam się z rodzicielstwem, znajduję w sobie jakieś moce, które pozwalają mi nie tylko na odnalezienie w sobie cierpliwości, ale i  konsekwencji. Tak, tego nauczyło mnie bycie rodzicem: konsekwencji w działaniu, spokoju w trudnych sytuacjach oraz odpowiedzialności.
Od jakiegoś czasu stosujemy z mężem metodę "patrz na mnie", kiedy coś tłumaczymy Miłoszowi lub nie chcemy dawać mu kary, a jednocześnie uświadomić, że jakieś zachowanie jest złe, niepotrzebne itd.

O dziwo coraz częściej się przekonujemy, że to naprawdę działa i  jeśli tylko nie staramy się górować nad dzieckiem i mówimy spokojnie jak do równego sobie. Podczas jednego tłumaczenia nieraz się nagadamy, aby patrzył na nas, ale widzimy tego efekty:)
Wydaje nam się, że to lepsza metoda na małego łobuziaka, niż kara. Choć mamy świadomość, że i ta metoda pewnie za jakiś czas pewnie powróci. Tak wspólna rozmowa z dzieckiem i próba wyjaśnienia pewnych aspektów życia jest bardzo cenna. Zgadzam się w pełni z psychologami, że aby dziecko słuchało tego co się mówi, musi być skupione na rodzicu. Jedyne co nam pozostaje, to dalsze trwanie w konsekwentnym wychowaniu i zachowanie spokoju (co nie zawsze jest łatwe), ale możliwe:)

foto: internet

piątek, 7 lutego 2014

36 tydzień ciąży- start!

Ok, jeszcze tylko 4 tygodnie (planowo). Ile jeszcze w rzeczywistości: nie wiem, ale oby szybciej. Aleksander jest prawdziwie wojowniczym mieszkańcem mojego brzucha. Siedzenie, schylanie, ćwiczenie jest czasem wręcz niemożliwe, bo zawsze gdzieś wciśnie mamie siebie pod żeberko, czy w boczek.
Pamiętam, że przy pierwszej ciąży z Miloszkiem ciągle słyszałam, że trzeba leżeć, odpoczywać, bo potem nie będzie czasu. Wkurzało mnie to, bo ileż można leżeć? Ja nie należę, do tego typu ludzi, którzy zadowolą się kanapą i pilotem. Lubię być aktywna, wtedy się nie męczę...
Wczoraj zamarzyło mi się, aby ktoś powiedział do mnie tym razem: "może się położysz, odpoczniesz" lub "leż i odpoczywaj, teraz musisz zbierać siły". I jak na złość nikt taki się nie zjawił i nic takiego nie powiedział....No, bo jak tu odpoczywać i leżeć, kiedy śliczny i kochany synek chce się bawić, czytać bajki, gotować...Przecież też trzeba samemu coś zjeść, ale i dziecku dać....
Po raz pierwszy będąc w tej ciąży zamarzyło mi się odpoczywanie w łóżku, dużo snu, słodkie lukrowane pączki zjadać tuzinami...ehh...Wniosek: teraz doceniam wszystkie dobre rady o odpoczynku....

Ale mimo "małego" zmęczenia ciążą jest pięknie!!!! Pogoda w krk jest cudowna, wspaniała, iście wiosenna. Od kilku dni słychać ćwierkot ptaszków!!!! Boże, jaka to muzyka dla uszu!!! Drzewa powoli zaczynają puszczać pędy. W powietrzu naprawdę czuć i widać wiosnę:) To jeszcze bardziej mnie napędza do życia:)

Dziś odpuściliśmy sobie z Miłoszkiem spacer i zostaliśmy w domu. Cały czas (aż do drzemki) Miloszek przebawił się w swoim pokoju. Przeważnie czas spędzamy na dole w salonie, ale dziś było inaczej... On bardzo lubi swój pokój, co bardzo nas cieszy. Widać, że czuje się tam dobrze i to jeszcze bardziej cieszy nasze serca, że udało nam się (z mężem) stworzyć Mu pokój, miejsce, w którym Mu dobrze:)
A tym czasem mój syn smacznie śpi w swoim łóżku, ja odpoczywam w naszej sypialni i chyba zaraz pozwolę sobie podzielić żywot syna i też chyba wybiorę się na drzemkę. Relaksuję się dźwiękami muzyki celtyckiej, którą mąż kiedyś zgrał dla mnie, a której nie chciałam....Dobrze Kotku, że czasem jesteś troszkę bardziej uparty niż ja;) Dziękuję:*....

Miłego piątku i całego weekendu:)

czwartek, 6 lutego 2014

dziś się motywuję, bo tego potrzebuję

Tak, dziś zebrałam się w sobie, aby nie siedzieć i nie myśleć, roztrząsać, analizować tego co zawsze.
Rano podczas śniadania Miłosza uświadomiłam sobie, że nie warto płakać, zamykać się w sobie, że nie to co się zdarza jest w życiu ważne....
Ale jak tak myśleć,  kiedy....bleee...bleee...bleee...to nic nie zmieni.....
Głęboki wdech, uśmiech do siebie( i do syna oczywiście też), potem jeszcze jeden i potem zmiana toru myśli moich!!!
Nie będę się dąsać, roztrząsać, analizować!!!!!
Nie będę!!!!!
Nie będę się biczować i zastanawiać co by było, gdyby!!!!!
NIE BĘDĘ!!!

A co będę?!

Będę się śmiać i dobrze bawić i brać z życia to co piękne, to co mi daje dziś, jutro...!!!
BĘDĘ wesoła, szczęśliwa, spełniona!!!
Tak, tak taka jestem!!!!Właśnie taka...nie inna!!!! Taka!!!! Ciesząca się życiem, tym co mam!!!! Tym, że jest słońce i ptaki ćwierkają!!! Tym, że stać mnie na szczerość i doprowadzenie siebie samej do porządku!!!
JESTEM SILNĄ PIĘKNĄ I MĄDRĄ KOBIETĄ, KTÓRA NIE CHCE I NIE POTRZEBUJE BYĆ SMUTASKIEM!!!!!
Której nie potrzeba udowadniać, że jest coś warta, bo warta jest wiele!!!!

Więc z uśmiechem na twarzy, radością w sercu i wolnymi myślami mknę przez dzisiejszy dzień:)
Miłego dnia, popołudnia, wieczoru, nocy:)
..MIŁEGO ŻYCIA:)



wtorek, 4 lutego 2014

Zostało mi po babci...

W zeszłym roku w grudniu pochowałam drugą moją babcię. Rok wcześniej pierwszą. To trudne, kiedy przychodzi świadomość, że nigdy już żadna z Nich się nie uśmiechnie, nie powie do Ciebie skarbie...Razem z babciami traci się chyba część poczucia bezpieczeństwa, zrozumienia...
Ale zostają: piękne wspomnienia, radości i pamięć o ich niezwykle kochającym i rozpieszczającym (czasem na przekór rodzicom) sercu... Kiedy straciłam je obie, to pierwsze co przyszło mi do głowy, to kto będzie się teraz za nas modlił?!One obie zawsze powtarzały, że modlą się za nas (o zdrowie, pracę, dobrą szkołę itd.). Coś w tym było, że choć nie zawsze samemu był na to czas i chęci, to Babunie czuwały....Teraz też czuwają, z góry;) Mają lepsze widoki na swoje łobuzerskie i kochane wnuki i prawnuki:)

Ostatnio, kiedy sprzątałam pudło z pamiątkami, znalazłam bursztynowe korale, które kiedyś dała mi babcia Zosia. A w niedzielę mama przywiozła mi chustkę ( a raczej apaszkę, których babcia Wandzia miała masę), tak na pamiątkę. I kurcze, mam obie te rzeczy po moich Babcuniach i nie oddam nikomu...





Kiedy mamy wolne...tęsknimy?

W niedziele udało nam się pójść z mężem do kina na film, na który się wybieraliśmy od dwóch tygodni. Choć jak zwykle nie obyło się bez różnych wariantów wyjścia ( kilka razy zmienialiśmy plan wspólnego wyjścia w dniu, w którym miało ono nastąpić), ale to norma u nas, tak na 30 min. przed seansem wiedzieliśmy, że jednak kino, a potem spotkanie na mieście ze szwagrami.
Filmem jesteśmy wręcz zachwyceni. Polska kinematografia nareszcie doczekała się świetnych produkcji. "Pod mocnym aniołem" polecam bardzo, jeśli jeszcze ktoś nie był a zastanawia się czy pójść. Wspaniała gra aktorska, talent, ukazanie całego problemu takim jakim jest, bez ubierania wszystkiego w ładne słowa i obrazki.
Po seansie wybraliśmy się na spotkanie z rodzeństwem męża i ich partnerami. Wylądowaliśmy w przytulnej włoskiej restauracyjce Soprano, na rynku (ul. św. Anny). Wspaniały, ciepły, przytulny klimat, przepyszne jedzenie, miła obsługa, no i rzecz jasna towarzystwo.
 Dawno nie mieliśmy tak aktywnego wyjścia tylko we dwoje. I mimo, że czuliśmy się i bawiliśmy wspaniale, to ciągle myślami byliśmy przy Miłoszu, który urzędował wtedy w domu z dziadkami.Nie dało się wręcz ukryć, że tęsknota dopadła nas już po wyjściu z kina. Do domu wieczorem wracaliśmy jak szaleni, tylko po to, żeby przytulić Naszego synka i posłuchać co robił, jak się zachowywał, czego nauczył:)
To jest chyba najbardziej niesamowita część bycia rodzicem. Z jednej strony człowiek chce pobyć chwile w innym otoczeniu, odpocząć, a myślami i sercem i tak jest przy dziecku:) Przynajmniej tak jest w naszym przypadku:)

Miłoszek nareszcie wyzdrowiał! Ach....jutro wybieram się na pierwszy spacer! Oboje (ja i Milosz) już nie możemy się doczekać:) choć On chyba bardziej:) Stanowczo za długo byliśmy przeziębieni, ale teraz chcemy wykorzystać piękna pogodę, która znowu do nas dotarła:)
Jednak przez całe te półtorej tygodnia mimo, że Miłoszek był nieco osłabiony bawiliśmy się fenomenalnie!
Czytaliśmy bajki i rysowaliśmy jeszcze więcej niż zazwyczaj, budowaliśmy z klocków, układaliśmy układanki. Mój Syn gotował w moich garnkach na łóżku:) WSZYSTKICH!!! Łącznie z druszlakiem wykorzystał wszystko:)
 


Jednak najwięcej frajdy sprawiało i nadal sprawia mopowanie podłogi i sprzątanie:)
Codziennie rano po śniadaniu Miłosz bierze mopa i sprząta cały salon i kuchnię:) Rozkoszny widok:)
 

Mama mnie już jednak uprzedziła, co bym złudzeń nie miała, że to mija.. a szkoda...
Niebawem pokarzę Wam rysunki i kolorowanki mojego Malca, ale muszę je najpierw obfotografować. To tak na pamiątkę dla nas, bo nie zmieszczę wszystkich Jego rysunków do pudełka. Nie wiem czy kontener by mi wtedy wystarczył;)


sobota, 1 lutego 2014

czy ja chcę wyzionąć ducha?!

Przegięłam, dziś naprawdę przegięłam! Jak nie zacznę się w końcu troszkę oszczędzać, to wyląduję na tej porodówce szybciej, niż ustawa przewiduje..Dzisiejsze sprzątanie tak mnie pochłonęło, że kiedy skończyłam już sprzątać i mopować podłogę w całym domu (ok. 170 m2) myślałam, że plecy to same się odczepią od głowy, brzuch odpadnie i zaraz zanim jeszcze się spakuję do szpitala to chyba urodzę. Nie, nogi odmówiły mi całkowicie posłuszeństwa. Ledwo w stanie byłam pomóc mężowi umyć Miłoszka później.
Cholerny efekt wicia gniazda przed porodem- to był ostatni raz!

Byliśmy dziś na częściowych zakupach wyprawki szpitalno- noworodkowej. Niestety nie udało nam się zakupić wszystkiego, co mieliśmy w planach. Ale i tak kupiliśmy sporo. Kiedy wracaliśmy do domu, mąż stwierdził, że nie chce słyszeć o zakupach już do końca weekendu;)
Jutro pewnie zacznę już powolne pakowanie torby na "delegację" w szpitalu. Miałam w planach jeszcze wyprać ciuszki dla Olka, ale nie wyszło, bo Ślubny miał troszkę zajęć z progami w domu i światełkami przy schodach. Ale w poniedziałek jak zacznę, też się nic nie stanie. No chyba, że znowu będę latać za ostro na mopie;)

Miłoszowi powoli przechodzi to cholerne choróbsko, które nie chce nas opuścić. W piątek, po całotygodniowym siedzeniu w domu zaczęło mi już odbijać. Nie umiem za długo być w zamknięciu, w tych samych czterech ścianach. Mój syn z resztą też! Tak mi się serce kraje, kiedy podchodzi do okna w salonie i patrzy na biały puch przed domem lub kiedy chce otworzyć okno i wyjść do ogrodu:( Ale jeśli dzisiejszej nocy i jutro będzie jeszcze lepiej, to może przy ładnej poniedziałkowej pogodzie na 5 minutek wyjdziemy....
Ważne, że już tak nie kaszle, bo czasem kaszlał głośniej niż zepsuty traktor.

W piątek poszalałam nieco na allegro i kupiłam (dla siebie) kilka ciuszków na wiosnę i lato:) I z przyjemnością stwierdzam, że tego mi trzeba było. Teraz mi tylko pozostaje zrealizować po porodowy plan powrotu do formy. W sumie, to dodałam kilka ćwiczeń do mojego zestawu codziennego. W celu bardziej przygotowania się do porodu niż zbicia kilogramów. Z Miloszkiem ćwiczyłam przed porodem i wierzę, że to sporo mi go ułatwiło. Więc przy Olku nie zamierzam się męczyć również, no chyba, że matka natura zadecyduje inaczej.

Jutro idziemy (a raczej wybieramy się) do kina. Mama ma przyjechać do Miłoszka na ten czas, a My od baaardzo dawna pójść wreszcie razem do kina we dwoje:) Oj mam ogromna nadzieję, ze się uda, bo wiem jak bardzo mój mąż chce zobaczyć ten film. Mnie bardziej kreci wspólne wyjście we dwoje (no nie liczę Olka) do kina, bo mamy tak odmienne gusta w temacie filmów, że zawsze ciężko nam coś wybrać. Teraz mamy opcję "wilk syty i owca cała".

Olek tańczy lambadę w moim brzuchu własnie, co jest niesamowicie urocze, ale właśnie zdaję sobie sprawę, że jest 22:55, a ja słucham soundtracku z dirty dancing 2. Oj, coś słabo widzę dzisiejsza noc...

Śpijcie spokojnie i radosnej niedzieli:)