Moja lista blogów

poniedziałek, 29 września 2014

jak rzep

I znowu jesień, więc zapalenie krtani u Miłosza znów przyczepiło się "jak rzep do psiego ogona". Od czwartku jesteśmy na sterydach i inhalacja. Na szczęście w domu! Bo nie wyobrażam sobie znowu 1,5 tygodnia w szpitalu. Wiadomo, że chory facet jest gorszy niż dziecko. A co kiedy chory jest małym facetem?! No własnie, kosmos do kwadratu. Na non stopie Miłosz ma wahania nastroju, połączone z niechęcią do wszystkiego co go otacza, bo najchętniej pośmigałby jeszcze po polu. Rozumiem, jest chory i dzielnie znoszę, mimo, że czasem naprawdę brak mi już sił (czasem bardziej tych psychicznych).

Wczoraj jednak zawieźliśmy chłopców do moich rodziców, a sami poszliśmy do kina. Tak w formie terapii chorobowej naszych dzieci, aby chwile pobyć bez chłopców. Zależało nam na "Mieście 44". Jak wiecie, byliśmy. Dziś wiem, że nie jest to odpowiedni film na relaksacyjne wyjście, ale na tego typu obraz, nigdy chyba dobrej chwili nie ma. Mimo to jesteśmy oboje z mężem zadowoleni z wyjścia, z filmu. To spora refleksja nad tym co było (raz jeszcze polecam).
Chłopcom, zwłaszcza Miłoszowi dobrze zrobił wyjazd do dziadków. I mimo, że w domu, to inne mury, otoczenie, opiekunowie. Wrócił jak nasz stary, dobry, zadowolony kochany Synek.

Dziś natomiast od rana słyszę tylko, że On chce do windy, do kota, do Anetki:) Tak, tak... takie małe marzenie, niby proste, ba wręcz banalne, a w czasie choroby dziecka niemożliwe do zrealizowania. Do tego jest taka cudna pogoda na zewnątrz, że wcale się nie dziwię, bo sama łyknęłabym jeszcze tego słonka, powietrza...
No i Olek cała noc prawie się opłakał, bo mu te cholerne zęby idą. I teraz też, nie śpi, nie chce jeść za wiele...z tymi zębami to całe życie tylko problem jest!!!

A ponieważ słyszę nad głową, jak małe stópki biegają już po Miłoszowym pokoju, to znak, że dżemka chorobowa dobiegła końca. Życzę udanego tygodnia (oby bez katarów i kaszlów i gryp;))

źróło: sieć

niedziela, 28 września 2014

miasto 44

Genialny, nowoczesny, interesujący, prowokujący, ludzki...Tak opisałabym w chwili obecnej już na "chłodno"ten obraz. Po wyjściu z kina ciężko było złapać chwilę refleksji, bo kłębiło się mnóstwo myśli, uczuć. Mimo, że to trudny obraz, trudny czas, jest w nim i dobro, nadzieja, wiara, młodość, marzenia, miłość. Są też lęk, brak zrozumienia, pustka, strach, agresja, nienawiść, pogarda, zazdrość.
W mojej opinii film w niesamowity sposób pokazuje nie tylko samo powstanie, ale również ludzkie zachowania.
Trudny obraz, ale warty obejrzenia, nie tylko ze względu na fakt historyczny, ale przede wszystkim dla zrozumienia, dla pamięci.

Bardzo w pamięci zapadło mi jedno zdanie powstańca do niemieckich żołnierzy "świat wam tego nigdy nie zapomni". Ja uważam, że świat zapomniał! Że świat znów brnie w widmo wojny, strachu, bólu. I znowu giną i cierpią miliony, dla kaprysu jednostek. Nie tu w Polsce, nie na naszym podwórku, ale tam niby tak daleko, ale czy napewno?

Osobiście bardzo polecam, nie w domu, nie z komputera, a w kinie. Z powagą, szacunkiem, refleksją.
źródło: sieć

piątek, 26 września 2014

szczęśliwa siódemka

Dziś rano jeszcze nie wierzyłam, że to już 7! Pełne siedem miesięcy szczęścia, okupionego codziennością. Nasz Olek jest z Nami już 7 miesięcy!!! To niebywałe. Tak szybko przeleciało, więc reszta pewnie przeleci jeszcze szybciej.
Dla mnie to drugie rodzicielstwo jest zdecydowanie inne niż to pierwsze z Miłoszkiem. Ale pewnie dlatego, że mam ich teraz dwóch (z mężem trzech;)), teraz matczyną miłość  i czas dzielę na dwa serduszka. 
Kilka faktów z życia małego solenizanta:
  • własnie wchodzimy w rozmiar 80
  • zjada wszystko co przygotuje mamusia, zwłaszcza jeśli jest to jogurcik z owsianką i banankiem. Lubi owoce w każdej postaci, jogurt naturalny, kwaśne kiwi, wszystkie kasze, warzywa i wołowinkę. Jedyne za czym nie przepada to kurczak, ale jak musi bo mama nic innego do zupki nie da to wsuwa i jego.
  • reaguje na swoje imię, rozróżnia nas po imieniu (np. kiedy mówimy np. popatrz na Milosza, na mamę, tatę )
  • uwielbia wkładać do buzi swoje małe rączki. Gdyby dał radę wsunąłby je po łokieć,
  • ma już 4 zęby na dole (dwie 1 i dwie 2 ),
  • uwielbia zabawy z Miłoszem, zwłaszcza Jego samochodzikami,
  • pochłania otworem paszczowym wszystkie książki  i książeczki (tu mamy różnicę z Miloszem, bo Milosz wszystkie w jego wieku przeglądał. Żadna nie była nawet zniszczona do czasu, kiedy nie spotkały Olka;)),
  • zasypia sam w swoim pokoiku, we własnym łóżeczku,
  • jest niesamowitym pieszczochem i przytulasem (ale takie są rybki:))
  • stoi sam już w pozycji czworaczej i posuwa się raz w przód raz w tył
  • próbuje sam siadać, ale jeszcze mu się to do końca nie udaje,
  • kocha zabawy na brzuszku (tak spędza prawie większość czasu kiedy nie je lub nie śpi
  • zaczął już krzyczeć i kwilić, więc powoli ucinamy sobie z Nim małe gadu gadu ( ma-ma, ta-ta. da-da itp.)
  • ma nadane przez Miłosza dwie ksywki: Bandozi i Manolo. Ta druga to pewnie już zostanie, bo my też tak na niego wołamy.
Cudowny Mały Człowiek, który jest niesamowitym szczęściem i radością dla swoich rodziców i starszego barta. Tak się zmieniał przez te 7 miesięcy:








wtorek, 23 września 2014

jesienny zapach....chleba

Pogoda dziś dała taki popis swoich możliwości i nie pozostawiła mi złudzeń. Lato nie wróci!!!! Potulnie więc dopakowałam do pudeł na strych z ubraniami chłopców wszystkie pozostawione w komodach letnie spodenki i szczelnie zamknęłam na siedem spustów! Po domu też chodzimy już w bluzach i pulowerkach i pierwszy raz od baardzo dawna wspomniałam mężowi o potrzebie spotkania się z piecem w kotłowni:/
Tak jesień nadeszła i nie ma zmiłuj! Jak zmiana pogody, to wiadomo- choroba!!! Ledwo zażegnaliśmy zeszłotygodniowy katar, już Miłosz w południe dostał 38,5 C. Nosz masz ci los! Jak tak dalej pójdzie, to zacznę wierzyć, że wyjdę z domu dopiero na Wielkanoc! Do piątku musza być obaj cud- miód zdrowi, bo Magda obiecała, że spróbuje zająć się oboma chłopcami, kiedy ja będę musiała być w pracy. Dlatego zaraz po pieczeniu lecę na górę zagadać z moim ulubieńcem Juda Tadeuszem (to ten od spraw beznadziejnych). Zawsze mogę liczyć na Jego pomoc:)

Natomiast skoro mąż drożdże załatwił, zabieram się za upatrzony już wcześniej chleb gryczany!
Przypis znajdziecie TU.

Tak więc zabieram moja green tea i biorę się do pracy, bo zaplanowałam sobie jeszcze mały pedicure:)
źródło: sieć

poniedziałek, 22 września 2014

to może jednak koza?

Zaskoczona jestem minionym weekendem. Wiedziałam, że będą urodziny, goście, weekend u Teściów i dużo, dużo dzieci, ale że opiję się tyle ciepłej kawy w dwa dni?!?! I, że mimo czterech godzin snu będę wyspana?! I, że pogaduchy do późna na temat wiary?! I, że Miłosz będzie taki grzeczny i uroczy?! I, że Olek postawi na baczność wszystkich domowników, bo cholerne zęby idą?! I, że pogoda w Radomiu taka ładna będzie, skoro w kraku leje?! I, że naprawdę pokonamy Brazylię?! Nosz tego się nie spodziewałam. Powaga, to miały być zwykłe urodziny dwuletniego Julka, a zrobił się z tego wszystkiego cudownie napakowany weekend. No i ten medal- Boże dzięki Ci za radio:):):)
Nie zapowiadało się, aż tak intensywnie i mimo strasznego zmęczenia, niskiego ciśnienia i trudnego powrotu do domu, bo to miały być małe urodziny w gronie kilku osób (no jasne;)).

Obawiałam się lekko dnia dzisiejszego, bo przecież po powrocie do domu czasem wraca codzienność i jeszcze te zęby Olka. I po co było się obawiać. No bolą Go, płacze, gorączkuje, wszystko na raz, a zaraz się śmieje, buszuje, łaknie bliskości i zabawy:) Miłosz tak samo chętny do zabawy z bratem, do dzielenia się zabawkami, kreatywnie rozwijający nie tylko swoje zainteresowania, ale i Olka.
Ja od rana z zapałem na pieczenie chleba (szlak trafił plan, bo drożdże instant miałam lekko przeterminowane:/), a skończyłam na ciastkach owsiano- kokosowych. I mąż wypoczęty i energiczny (mimo, że znowu zaspał do pracy;)).
Po takich drobnostakach-detalach czuję największą moc i chęć na życie, na radość, na rozwój:):)

I poważnie mówię mężowi, cobyśmy kozę sobie sparwilii! Bo jeden nasz sąsiad ma kaczki, drugi kury, a trzeci do królików dokupił sobie cztery owieczki!!! Oczy przecierałam ze zdumienia z rana, kiedy z okna w kuchni robiąc kanapki taką czarną puchatkę ujrzałam! Potem okazało się, że ma jeszcze trzy towarzyszki i wszystkie czarne:) No I jak tu teraz tak po sąsiedzku wszędzie zwierzĄtko, tylko u nas pustka;)
Choć nie wiem, czy u nas koza to by się przyjęła, bo ja w domu nawet kwiatki lubiące wodę przestawiłam na tryb sahara,, czyli raz w tygodniu?;)
Ale taka koza to same plusy jak dla mnie. I dla Miłosza też:) Olek jeszcze nie wiem, ale pewnie niedługo się dowiem.

Kręci mi się po głowie ta piosenka ostatnio. Strasznie fajna.
A tu jeszcze migawki naszego weekendu, choć nie wszystkie.
 

 







sobota, 20 września 2014

ciepła kawa

Właśnie odprowadziłam do samochodu moich chłopców (tzn. Olek smacznie śpi u siebie), ale mąż z Miłoszem pojechali na drugie zajęcia Socatosa. Po zajęciach pokazowych postanowiliśmy spróbować przez miesiąc jak młody będzie się zachowywał, czy nadal będzie zadowolony. Jest najmłodszy w grupie i nie wszystkie zabawy Mu odpowiadają, ale są i takie, które lubi. Dla obu jest to też czas spędzony wspólnie poza domem. O socatosie info TU .

Miałam wielki plan na pakowanie, ale pomyślałam, że ciepła spokojna kawa też mi się należy.Tym bardziej, że za oknem leje jak z cebra. Więc leniuchuję sobie w łóżku z filiżanką ciepłej kawy w sobotę przed 10 :):) A wielki plan poczeka;)
źródło: sieć
Wczoraj chciałam uporządkować nieco ogród, ale z Miłoszem nie było szans. Każda próba umycia foremek, rozkręcenia zjeżdżalni, schowania bramki, była na NIE!!! I to strasznie kategoryczne. Chyba jeszcze Miłosz nie dopuszcza do siebie myśli, że lato się skończyło..
No i byliśmy na placyku. Ależ On tęsknił za nim, za dziećmi biegającymi w około. Tak bardzo cieszyło Go obserwowanie dzieci, tego co robią, jak się bawią, zachowują...Miłosz na razie tylko obserwuje, nie chce podejść, ale po mądrych słowach Magdy, która kiedyś chyba przypadkiem uświadomiła mi, że nie wszystkie dzieci muszą być takie hop- siup do ludzi...
Więc brykali wczoraj we dwóch bracia po placyku: Olek zmotoryzowany w wózku jeszcze, choć zaczął się już czołgać i robi "tunel" na prostych rękach i nogach, więc powoli przyzwyczajam się do myśli, że za chwilę będą naprawdę biegać razem:)
No i oczywiście Olo zaliczył swoja pierwsza huśtawkę wczoraj:):):) Ważny dzień;)

Dziś jedziemy na urodziny małego Julka, a wieczorem planujemy odwiedzić znajomych. Ciekawe co z tego wyjdzie, bo nie raz i nie dwa życie mocno zweryfikowało nasze plany;)
Tak więc miłej soboty;)
A w tych słonecznych klimatach kawa jest naprawdę gorrrąca!!!

czwartek, 18 września 2014

"Gwiazda w górze lśni"

Dzisiejszego ranka budzik nie dzwonił o 6:00 rano sygnalizując porę wstawania do pracy, bo Olek wstał kilka minut przed nim;) Mały Gagatek nawet w naszym łóżku nie dał się przekabacić na małą drzemkę po butelkową. Nic, trzeba było wstawać;/
Miało być wspólne śniadanie z mężem- tak znów dałam się wrobić: ja robię dla nas dwoje, jem sama...Ale poranek piękny, słoneczny, nawet w miarę przebolałam brak mleka do kawy (Ślubnemu pić się zachciał z rana. Jakby wody w domu nie było;)). No nic, przeżyłam, choć wracając autobusem z targu musiałam się mocno pilnować, aby nie przespać przystanku:)

Miałam jeszcze dzisiaj teściową (już ostatni dzień), więc postanowiłam to wykorzystać na: odkopanie pralni z prasowania (po godzinie myślałam, że kosz jest bez dna), wyszorowanie parapetów na zewnątrz domu, poukładanie i pochowanie tego co wyprasowałam do komód (ja się zastanawiam, skąd moje dzieci tyle ubrań mają?), posprzątać pokoje u góry, łazienki, szafki, poodkurzać. W między czasie gotowałam obiad. Gdyby nie Zenek Martyniuk i jego Gwiazda (bo motywować się trzeba, a co;)?), to chyba bym takiego tempa nie złapała, bo wyrobiłam się z tą cała codziennością w dwie godziny:):) Przy okazji nasunął mi się jeden wniosek: Gdyby ktoś zajął się moimi dziećmi przez pół dnia raz w tygodniu, to mój dom przypominałby dom Perfekcyjnej Pani Domu. No cóż, teraźniejszość jest taka, że mój dom przypomina dom matki dwójki dzieci ( no czasem trójki, jeśli wliczyć w to męża, bo czasem to już nie wiem, kto zostawia po sobie większy bałagan ;)). Ale co tam, nie narzekam na Chłopa, bo dobry z Niego człowiek, a zawsze można trafić na lepsze okazy;) Jak to mówią:"widziały gały co brały"- oj widziały hi hi hi...

Pogoda jak na jesień cudowna, choć jadąc chwilkę autobusem do domu już się dowiedziałam od życzliwej Pani z przodu, że od poniedziałku chłód, deszcz, oziębienie..No miło...ale jesień to jesień.
Więc kiedy już spełniłam swój kobiecy domowy "obowiązek" poszliśmy naładować nasze buzie promyczkami słońca. Po lekkim naładowaniu, rozpoczął się w mojej głowie proces myślowy: trzeba piaskownicę zebrać, foremki umyć i schować, huśtawkę schować, zjeżdżalnię złożyć, liście zgrabić....Tak wiem, muszę wymienić procesor;)

I mimo, że lubię jesień, to szkoda mi już tych uroczych ciepłych dni, które niebawem się skończą. Nie będzie już małych pikników, brykania na trawce, zbierania porzeczek, truskawek, bujani na huśtawie, koszenia trawy, wspólnych posiłków w ogrodzie..aż do przyszłego roku;(
Za to zaczną  się kolorowe liście, deszczyki, kałuże i kaloszki, ciepłe swetry, chłodne i rześkie wieczory, wiewiórki w ogrodzie i sarny za ogrodzeniem. Też pięknie:)

 

Panom tak pogoda odpowiadała, że już o 17 obaj zasypiali prawie na stojąco. Całe szczęście dotrwali do 19:)
Przed wyjściem na pole Miłosz postanowił skosić trawę w domu swoja wspaniałą kosiarką;) Kreatywność dzieci jest nieoceniona:)

Zmykam teraz na trzeci set meczu Polska- Rosja. Już wiem, że jesteśmy w półfinale- super:)

A gdyby ktoś potrzebował się doładować w dniu jutrzejszym, polecam;)

środa, 17 września 2014

na pełnych obrotach

Z racji, że teściowa mogła przyjechać do nas na kilka dni i zająć się chłopcami, ja mogłam na chwilkę wrócić do pracy. Wspaniałości, bo bardzo lubię swoją pracę. Z energią do działania, z zachwytem, że będę mogła pogadać nie tylko o wierszykach, bajkach, resorkach, pieluchach, ale z ludźmi dorosłymi;) I mimo, że bycie na macierzyńskim bardzo mi się podoba i kocham być z moimi synami, to jak każdy normalny rodzic potrzebuję czasem lekkiej zmiany. Chłopcy też oddychną od mamy, a mama też zaczerpnie świeżego powietrza i nieco wyzwań, jaki daje mi praca:)
Z resztą wszyscy musimy powoli przystosować się do zmiany i do tego, że będę do pracy w tygodniu dochodzić.

Cóż, kawa w pracy smakuje naprawdę pysznie (i co ważne, jest ciepła;)).

 Mimo, że pierwszy dzień to wspominki wesela i oczywiście próba odnalezienia się w innej rzeczywistości niż zabawki, tak dziś już śmigam jak rybka w akwarium:)

Chłopcy też są zadowoleni, bo wiadomo jak to z babcią jest;) ale dzielnie się babcia stara nie rozpieszczać za bardzo, żeby matka szoku nie przeżyła jak wróci do swojej trzódki.

Nadal rodzina żyje weselem, bo naprawdę było super. Wczoraj nawet zaliczyliśmy z mężem wspólne wieczorne wyjście do brata. Jakoś tak przy wyjściu dziwnie było, ale jak tylko nasze pupy w aucie zasiadły i poczuły głośniejsze uderzenie muzyki w radiu przeszło.

A ponieważ mam mnóstwo pracy, życzę miłego dnia:)



niedziela, 14 września 2014

Dzieci tu były wrzesień 2014

Kolejny miesiąc "sztuki" tworzonej przez moje dzieci;)






weselny klimat

Tak, już po weselu!!! Pierwszy z moich trzech braci od wczoraj jest już mężem:)

Wspaniałe przeżycie! Jest ogromna różnica kiedy jest się gościem na weselu rodziny, znajomych, a jest kiedy dotyczy to rodzeństwa. Zupełnie inne emocje! Łzy szczęścia, dumy, radości, kiedy dochodzi do składania przysięgi, kiedy są życzenia i podziękowania dla rodziców.

 Za 8 miesięcy będę miała znów tą możliwość poczuć to znowu, bo mój drugi brat też planuje się ustatkować:),
Co by nie było wesele Sławka fantastyczne: orkiestra mega! Towarzystwo wspaniałe:)

Jeszcze raz wszystkiego dobrego na nowej drodze życia:*

czwartek, 11 września 2014

a po ciszy nastaje teraźniejszość!!!

W poprzednim poście pisałam o cudownej, pięknej ciszy jaka nastała w naszym domu wieczorem Niestety trwała tylko do 23, bo potem wróciła rzeczywistość. I to ta najgorsza, której jeszcze nie znałam i nie przerabiałam. Miłosz: katar, gorączka, ogólne rozdrażnienie. Pierwsze myśli- nosz masz witaj jesienny wirusie!! Jak tylko Miłosz usnął ok. 3 w nocy, tak spokojnym snem cieszyłam się tylko do 6:00, kiedy to pora na Olka śniadanie nastała. 3 godziny snu (dobre i to). Rano po Miłoszu nawet ryska nocnego "dramatu" nie została. Poszliśmy więc na spacer na ulubiony placyk. Wszystko pięknie ładnie. Godzina 19:58 jem smaczna kolację w jadalni. W domu cisza, spokój..dzieci śpią:):)
Pierwsza myśl, ciepły prysznic i wieczorna lektura:) PIĘKNIE:) tak;) chwilkę po 23, kiedy zgasiłam światło Olek wrzask! Pędzę do Jego pokoju, a tu katar jak wodospad do gardełka wpada. Kaszel, rozdrażnienie....ku... a jednak chorubsko! Usnął po kilkunastu minutach wrzasku, jakby go ze skóry obdzierali. Ok, śpimy..ja wiem, może 15 min? Miłosz: płacz, wrzask, gorączka, białe i czerwone chrosteczki. NIE, NIE NIE...tylko nie ospa!!!! Ale nic zasnął w końcu po paracetamolu. Wracam do łóżka. Olek: wrzask, pisk, kaszel- świetnie sobie myślę;( lecę, lulam, całuję, wycieram nosek, łóżeczko wyżej- śpi:) Migiem do łóżka. Miłosz woła o piciu!!!!
Ok, jest piciu, proponuję Mu spanie razem (mam ich blisko wtedy, bo mają pokoje obok siebie). Syn wyraża zgodę:) Przytulam, zamykam oczy. Nagle czuje palec w oku!!! "Mamusiu?! mamusiu?!", Tak synku? Citamy? Nie Myszko, jest środek nocy. Zamknij już oczka, rano poczytamy:) Zamykam oczy i znów słyszę:" mamusiu?! mamusiu?! bułeczkę!!! -Powaga, bułeczka o 3, czy 4 w nocy. Ok, wyzbierałam się, podaję, szczęśliwy Je:) Mamusiu?! Tak synku? Tatuś!!! Tatuś jest w delegacji, za kilka dni wróci.Jedz ładnie bułeczkę (środek nocy:)). Nie, Miłoszek chce z tatusiem gadać!!!! ( i płacz)..ok. normalnie się nie daję, ale druga nieprzespana noc, sprawi, że jutro mnie rozgromią we dwóch w ciągu dnia!! Dzwonimy:) Mąż zaspany, w środku nocy słucha jak syn mówi, że je bułeczkę i że tatuś jest w pracy:) Cudo:) W końcu zasypiamy:):):) Oooo....ale nie wszyscy! Oluś właśnie wstał na śniadanie:)!!! Tak., 3 godziny snu. Matka zombie powraca do życia po szybkiej kawie (Boże, dzięki Ci za ten cudowny napój). Po domowej wizycie lekarza już wiem, że to nie ospa, a wirusowa wysypka. Ufff...środa, dziś śmigamy u siebie w ogrodzie: huśtawka, zbieranie orzechów, piaskownica, piciu, jabłuszko, czytamy bajeczki na dużej huśtawce, jemy wafle ryżowe, Olek zalicza długa drzemkę:) Pięknie:) Dziś spała z nami moja mama. Przyszła mi pomóc, abym nieco odpoczęła. Robiłam jej farbę i paznokcie, jak nasze zuchy poszły spać. Boże, dzięki Ci, że była tej nocy ze mną!!! Tej nocy obaj płakali, wrzeszczeli, bo ich katar męczył razem na raz!!! No Olek bardziej dal czadu, bo dwie dwójki dolne postanowiły, że akurat tej nocy się przekłują!!!! Nie, nie wierzę, że cała puszka pandory otwarła się jak tylko mąż musiał jechać służbowo!!! No bez jaj... A jednak...Dziś gdyby nie napój bogów KAWA, nie dotrwałabym chyba do 11! Z tego miejsca, wszystkim matkom i ojcom wychowującym dzieci samotnie Wielkie uznanie i gratulację!!!! Jesteście hiper supermenami i supermenkami!!!! Normalnie czapki z głów!!! Jest 21:12, mąż już wraca (juuupii). Idę spać, bo jak dziś znów coś się zacznie od tej przeklętej 23, to przynajmniej 2 godziny "snu" już zaliczę;)

W końcu, jakby nie patrzeć do soboty muszą zniknąć cienie i zmęczenie, bo mamy kolejne weselicho:)
P.S. A tak mijała nam środa:)



poniedziałek, 8 września 2014

cisza

No nie mogę się powstrzymać! Godzina 19:48 cisza w domu, bo...dzieci śpią!!?!!!
Obaj byli nieźle wymęczeni dzisiejszym dniem. Upał i ciągła zabawa, bez popołudniowej drzemki mogła skończyć się tylko tak:

 Więc szybkie ogarnięcie domu, ciepły prysznic, burza za oknem i one;)
Miłego wieczoru:)

piątek, 5 września 2014

supermenka

Czy w ciągu paru dni, a raptem kilku sytuacji życia codziennego odkryć w sobie takie moce i siły, że normalnie się tego nie ogarnia? A to jeszcze dodatkowo daje dużo frajdy i poczucia dumy i radości? No można!!! No, przynajmniej ja mogę! Ja czuję!!! Nie wiem, czy to wynik tego cholernego przesilenia jesiennego, czy hormonów, czy zeszłotygodniowej migreny, ale tak mam! Jestem SUPERMENKĄ!:) A to wszystko dzięki życiu i dzieciom i mężowi jakich mam?! Chyba tak! Coraz jaśniej dociera do mnie, że bycie matką i zoną i ogólnie kurą domową to fajna sprawa. To wyczyn nie raz i nie dwa, a na milion razy na supermena!!! Więc tak, jestem supermenką:)
źródło: sieć

Jutro idziemy na wesele, chłopcy zostają z babciami (jedna to za mało na taką dwójkę;)). Przyznaje bez bicia, że jak na supermenkę, to trochę się martwię reakcją Miłosza na brak rodziców na weekend, mimo, że od kilku dni wie, że nas nie będzie, że będą babcie itd. Ale mimo to jest chłopcem bardzo nie lubiącym zmian i różnie reaguje. Czasem odbija się to na Olku, ale zobaczymy. Staram sie być dobrej myśli. Właśnie przed chwilą skończyłam odnowę biologiczna;) Paznokcie się suszą, twarz i ciało niczym 20 lat mniej;), a to wszystko dzięki kilku specyfikom z końca szafki. Maseczki tak długo na twarzy nie miałam, że gdyby nie data ważności na opakowaniu, to nie wiem, czy bym ryzykowała;)
Odwykłam od tego typu przygotowań weselnych (przy dzieciach tak naprawdę odwykałam od wielu przyjemności, na które kiedyś miałam aż za dużo czasu). Peelingi, maseczki, paznokcie...a wszystko w 20 minut! I pomyśleć, że gdyby nie dzieci to traciłabym cenne 2 godziny na długie wylegiwanie w wannie w olejkach aromatycznych, na maseczki stóp, twarzy, dłoni, ciała.... ;) Tak to było u mnie dawno temu ;)Teraz jestem Panią swojego czasu;) hi hi hi...

Ogólnie cały tydzień zleciał nam na spacerach, czytankach, placu zabaw, próbie raczkowania i resorkach. Większość dzieciaczków moich znajomych (realnych i blogowych) ruszyła w żłobkowe i przedszkolne mury. I ja im troszkę pozazdrościłam...Te wszystkie przygotowania, troski, ekscytacje....wiem, to nie ucieknie (my za rok, ale...) ...ale....jakoś tak inaczej było. To nowy etap, na który jeszcze troszkę poczekam. Za to bez wielkiego stresu rozpoczęliśmy 1 września;) Miłosz znów jest kochającym bratem, Olkowi idzie trzecia jedynka, więc pochłania wszystko. Tak sobie ręce nie raz wkłada do buzi głęboko, że mnie na sam widok cofa, no ale jak bolą to co zrobi. Zbiera się mały skubaniec do raczkowania i siadania na poważnie! Tak szybko rośnie.
Prawdę mówiąc obaj przy sobie niesamowicie szybko się rozwijają. Jeden ma dobry wpływ na drugiego. Obaj mi dorośleją, a ja się zastanawiam kiedy?!

Ostatnio robiliśmy ciasteczka owsiane wg przepisu od Magdy, która ma je od kogoś tam- no pycha są! Miłosz je wręcz ubóstwia. Tak nawiasem mówiąc, to Magda ma zawsze dobre przepisy na ciasta, ciasteczka, torty. Do dziś pamiętam smak tortu Anetki- mmmm...miodzio:):):)
Wczoraj natomiast był drugi brat z narzeczoną (też pałaszowali ciastka :)). Wpadli w odwiedziny..fajnie było. Mam to szczęście, że wszyscy moi bracia to super ludzie (poważnie) i każde spotkanie w gronie naszej czwórki ( z towarzyszami rzecz jasna), to dobrze spędzony czas chyba dla każdego z nas. Lubię, kiedy możemy pogadać nie tylko o sprawach rodzinnych, ale i życiu. Czasem o bardzo trudnych i nie raz nie łatwych tematach. Wczoraj na tapecie była antykoncepcja i kościół oraz związki i seks. Tak nam się gawędziło przy "herbacie", że prawie wcisnęłam mojemu bratu "50 twarzy Greya" do przeczytania:)

Dobra, idę spać, bo jutro dużo wrażeń i weselicho, więc przy tych wszystkich zabiegach, worki pod oczami nie będą się dobrze komponować.

P.S. Jutro pierwsze wyjście Łukasza z Miłoszem na socatosa. Ciekawe, czy się chłopakom spodoba?

wtorek, 2 września 2014

przeprowadzka + o Olku słów kilka

Jak to w sobotę wieczór pół żartem pół serio mój mąż powiedział do syna: "Olku, skoro jadasz już mleczko nr 2, masz dwa ząbki i skończyłeś 6 miesięcy, to znaczy, że jesteś już dorosły;)" sarkastycznie patrząc w moim kierunku i nie będąc do końca przekonanym o słuszności mojego planu przeniesienia Olka już na swoje:) Ślubny jeszcze by poczekał, aż Mały chociaż rok życia ukończy, ale jak dla mnie to za długo. I nie dlatego, że mi przeszkadza w naszej sypialni, bo mi nie przeszkadza, ale skoro już noce sam przesypia, to czemu czekać?;) Więc mąż dał sobie czas do końca wakacji. Ja jak to ja, jak jest termin, to ma być zgodnie z terminem. I takim oto dekretem rodzicielskim, przy wspólnej decyzji rodziców Olek zamieszkał w swoim pokoju, w sąsiedztwie mając brata Miłosza:)

Pokoik zanim oddany do użytku, pełnił funkcję parterowego strychu w domu. Jednak zgodnie z zapowiedzią, w 25 minut doprowadzony został do pełnometrażowego apartamentu najmłodszego członka naszej rodziny.
Początkowo zasłony, komoda, lampka naścienna (taka samą ma Miłosz) i łóżeczko.
W poniedziałek doszły zabawki, a dziś naklejki z Puchatkiem i autami, które wybierał dla brata Miłosz.

Olek natomiast od razu polubił  swój pokój, choć pierwsza noc była trudna, bo ciągle się wybudzał (a nie zdarzało się to prawie w ogóle), ale od wczoraj śpi jak suseł aż do białego rana;)

Olek parę dni temu zakończył 6- ty miesiąc. Jada chętnie zupki, owocki i jogurciki przygotowane przez mamę. W ogóle jest małym sprinterem rozwojowym jak dla nas.  Ma już dwie jedynki na dole i powoli wysuwa się i trzecia z góry. Postawa czworacza to obecnie Jego ulubiona (plecy Go parzą;)), stara się również podnosić i myślę, że za parę tygodni już swobodnie sam usiądzie.
Poważnie też zabrał się za próbę raczkowania. Obecnie jest w stanie w pozycji czworaczej przesunąć się kawałek. Jak tak dalej pójdzie, to do Wigilii zacznie chodzić;)
Jest bardzo niecierpliwy i wszystko chciałby mieć na już, ale to ma po mnie (niestety).
Jest niesamowitym śmieszkiem i uwielbia zwracać na siebie uwagę i być adorowany- zwłaszcza przez obcych ludzi:)

Tak bardzo go kochamy!!!!

poniedziałek, 1 września 2014

Dożynki miejskie

31 SIERPNIA 2014 ROKU. Moje pierwsze dożynki od chyba 18 lat! Pamiętam ostatnie na jakich byłam u dziadków (śp.) remiza, orkiestra, wieńce, masa ludzi ze wsi i nieziemska zabawa do białego rana. A wszystko ku chwale najwyższego za udane zbiory:)
Świetna tradycja, ale byłam pewna, że już bardzo zapomniana, nie aktualna. Ja mieszkam co prawda w mieście, ale takiej jego części, że sąsiedzi mają kaczki, kury i traktory. Uprawiają kukurydzę i hodują króliki. Taka miła odmiana od betonowych budynków i pędzącego świata;) Zeszłoroczne to była klapa, bo organizowane przez jakiś komitet, więc byli sami panowie z "napojami". W tym roku było inaczej. Miasto zorganizowało dożynki razem z nasza rada dzielnicy i tym oto sposobem była impreza "masowa";)
Tak więc byłam przekonana, że jak wpadnie góra 30 osób, to będzie...a tu program i wszystko dopięte na ostatni guzik.
Zabraliśmy się więc z ciekawości od początku. Punkt 12:30 witaliśmy korowód dożynkowy; masa wieńcy, krakowiacy i krakowianki, a wszystkich prowadziła orkiestra dęta w strojach krakowskich!!!! Na Miłoszu największe łał zrobił oczywiście wóz policyjny, który chwilowo blokował drogę, aby korowód mógł spokojnie trafić na miejsce. Potem odbyła się piękna msza polowa, do której przygrywała również orkiestra więc jak dla mnie to był cud miód:)

Po Mszy już oficjalne przywitanie, przemówienia, dyplomacja- srutu tutu i masa atrakcji, głównie dla dzieci. Była policja i straż miejska, które zorganizowały konkursy i zabawy dla dzieci i dorosłych (dorośli mogli założyć alko- okulary po których człowiek widzi jakby miał we krwi 1,6 promila i trzeba było przejść slalom. Ci co próbowali mówili jedno- to nie możliwe, aby normalnie się poruszać!!!!). Były też zjeżdżalnie, trampolina, wata cukrowa, lody i kiełbaski z grilla. Na scenie trwały przedstawienia przygotowane przez dzieci (przynajmniej te widziałam, bo musieliśmy się wcześniej zmyć, gdyż wybieraliśmy się na mecz mojego brata). Wieczorem imprezę zakończył chyba koncert Małgorzaty Ostrowskiej.

Na te kilka godzin jakie byliśmy było bardzo fajnie i nieźle zorganizowane. Za duży plus uważam mnóstwo atrakcji dla dzieciaków. Można by powiedzieć, że było tak familijnie (przynajmniej do 15:30).
P.S. właśnie mąż mnie oświecił, że trwa tam dyskoteka... A my w łóżku, no nie!;););)









Rano natomiast zebraliśmy się na boisko, aby nieco aktywnie spędzić czas wspólnie cała czwórką. Miłosz pograł z mężem w piłkę- i nie wiem nadal, który miał większa frajdę;) Ale dziś Miłosz w końcu nauczył się grać w piłkę nożną, tzn. przyjął do wiadomości, że piłkę trzeba kopać, a nie nosić;)
Potem grał z tata w kosza (Mąż brał go na ręce i Młody tylko wrzucał piłkę do kosza), ale ile miał z Tego przyjemności. My z Olkiem tylko z boku (na razie) obserwowaliśmy i biliśmy brawo naszym "sportowcom".


Ach, lubię takie dni, kiedy czas nam tak aktywnie mija w gronie rodzinnym- wiem, że się powtarzam, wiem;)