Moja lista blogów

środa, 29 października 2014

przepadłam po targach

Po weekendowych targach książki przepadłam bez reszty. Każdą wolną chwilę i noce spędzam nad książką. Lubię to! Wybrałam kilka tytułów- jedne już wcześniej miałam upatrzone, inne to czysty spontan. Kocham książki, kocham czytać, choć nie zawsze tak było. Ale człowiek do wielu rzeczy dorasta;) To aktualnie moja forma relaksu, chwili tylko dla siebie...
Najbardziej jestem ciekawa "Ty jesteś moje imię", ponieważ to historia miłości Baczyńskiego. Kocham Jego poezję...

Nawet mój mąż w tym roku chętnie szukał czegoś dla siebie.
Jak skończę swoje książki, to zamierzam zabrać się za Jego, tą Nicka Vujic'a. Jak dla mnie ten gość jest niesamowity:)

U nas natomiast życie leci nadal. Olek już sam stoi. Nawet przy ścianach. Ostatnio zaliczył swój pierwszy upadek. Miłosz natomiast rozśpiewuje się na maksa. I tak jak mama przepada za książkami. COdizennie czytamy prawie połowę książeczek, a mało ich nie jest. Obecnie na topie jest Tuwim. Okulary nie raz czytamy po 7-8 razy:)

Powoli już zdrowiejemy. Jeszcze tylko Olek się ociąga z tym, ale myślę, że do piątku się do kuruje:)

poniedziałek, 27 października 2014

bracia w natarciu

To, że braknie nam kątów w domu na nasze dwa urwisy, jak tylko Olek jeszcze ciut podrośnie, przekonaliśmy się z Łukaszem w sobotę. Nasi synowie, to nie tylko słodziaki, ale i niezłe gagatki. Od kiedy Olek sam się przemieszcza i Miłosz odnalazł w nim kompana do zabaw, choć nie wszystkich moja buzia się nie zamyka!
 Przez cały dzień, tylko: Miłoszku nie bij Olka, Olku nie ciąg Miłosza, synu nie biegaj, bo ...;  nie skacz po wersalce, bo spadniesz i zrobisz sobie krzywdę; Olku nie wolno gryź kabla od odkurzacza, bo...; Olusiu nie ciągniemy mamusi, bo...; Miłoszku nie wolno ciągnąć firanki, bo...; Olku książeczki się ogląda i czyta, a nie zjada...; Synku nie wkładaj paluszka do oka Olkowi, bo...!!!
Do tego dochodzi jeszcze wyciąganie raczkującego po całym domu Olka z pod: stołu, tablicy, pod wersalki, z koszyka z zabawkami, z baseniku z kulkami, z łazienki, z wiatrołapu, z kuchni, z pod szuflady....

 Kiedy mąż wraca z pracy, wymieniamy się i to On przejmuje pałeczkę (ja odpoczywam przy prasowaniu i robieniu obiadu na dzień następny).

 Jak Im się to jeszcze nie znudziło;)? Mnie od tego mojego kłapania na non stopie, już słabo, a Oni dwaj normalnie jak grochem o ścianę;)

I choć gadam i peplam, to cieszę się na widok takich obrazków, jak ich wspólna zabawa, wymiana zabawek, czy umiejętność dogadywania się. Miłosz jest bardzo troskliwym bratem- zawsze pamięta o Olku, choć milion razy tak mu dokuczy, że czasem się zastanawiam jak ten Olek nie ma jeszcze dość.
Olek- Manolek wpatrzony za to w Milosza jak w święty obrazek! Gdzie Milosz, tam i Olek:) Wystarczy mi, że widzę jednego, a drugi wiem, że jest obok;)

Kochają się bardzo mocno. Codziennie uczą się siebie nawzajem. To piękne doznanie dla matki (przynajmniej dla mnie). Takie ich wspólne momenty, których jest już coraz więcej, sprawiają, że to nasze ciągłe gadanie idzie w niepamięć (przynajmniej na dwie minuty;)).

Kiedy idą spać i w domu panuje cisza, cieszymy się z mężem, że ich mamy, że mimo, że łatwo nie jest, to jest tak mile zmęczenie.


 



Ponieważ Olek ostatnio ciężko śpi w nocy i trzeba często do Niego chodzić, to po takim tygodniowym maratonie, dziś mój organizm powiedział STOP. Idę spać, skoro moi synowie wybrali się na popołudniowa drzemkę:)

Miłego tygodnia:*

piątek, 24 października 2014

rozwojowy tydzień

Ok, przy drugim dziecku czas pędzi jeszcze szybciej. Wiele rzeczy, czynności i wspaniałych momentów jest szybsze. Tak jest przynajmniej u nas. Olek to petarda rozwojowa, a ten mijający tydzień to normalnie tydzień bonusów rozwojowych w Jego wykonaniu!
We wtorek wieczorem Aleksander rozpoczął pełne pełzanie. Przemieszcza się po domu jak mała gąsienica z niezłą prędkością. We środę ledwo przywykliśmy do tego, że porusza się po całym domu swobodnie, a do tego rozpoczął samodzielne wyszukiwanie zabawek w koszyku w pozycji na klęczkach.

A, żeby wrażeń było więcej wieczorem rozpoczął samodzielne raczkowanie!!!!! Normalnie patrzyliśmy z mężem i oczom nie wierzyliśmy. Tak szybko się z tym wszystkim uporał, że bałam się, że dziś sam zejdzie na śniadanie;)

Teraz to dopiero muszę mieć oczy dookoła głowy;)!!!

Ponieważ nadal choróbsko się nas trzyma, a pogoda wcale nie zachęca na spacery, przesiadujemy w domu. Jednak wcale nam to nie przeszkadza- chyba przywykliśmy już do tego;)

Jutro tragi książki i mam nadzieję, że uda Nam się z Łukaszem na nie pójść, bo powoli coś się nam to wszystko nie składa...
Miłego weekendu:*

środa, 22 października 2014

Dołączcie do tej akcji, bo REAKCJA ma znaczenie

Za zaproszeniem Tosinkowej i ja przystąpiłam do akcji: "Reaguj na przemoc wobec dzieci. masz prawo"
To akcja wspierana przez Rzecznika praw dziecka. Nie potrzeba wiele, zadanie jest proste, a jego wynik zależy już tylko od nas! Więc drodzy czytelnicy i blogerzy, jeśli możecie, proszę weźcie z nami udział w tej kampanii, bo problem przemocy względem zwłaszcza bezbronnych dzieci nie jest w naszym kraju mały- niestety.

Co należy zrobić, aby przyłączyć się do akcji:

20 listopada 2014 obchodzimy 25-lecie Konwencji o Prawach Dziecka. Na świecie 20 listopada to dzień Praw Dziecka uznany przez Organizację Narodów Zjednoczonych. 

Rzecznik Praw Dziecka, Pan Marek Michalak jest propagatorem i twórcą kampanii "Reaguj na przemoc wobec dzieci. Masz prawo". 
Reaguj. Masz prawo

W moim odczuciu kampania ważna i bardzo słuszna. Nie możemy przechodzić obojętnie wobec krzywdy żadnego stworzenia, a już tym bardziej dziecka.

Dlatego chciałabym zorganizować naszą - bloggerską kampanię. Naszą odpowiedź na apel pana Marka.
Blogosfera parentingowa ma moc. Pokazaliśmy to nieraz.

Na czym by to polegało?
Stwórzmy listę blogów, które 20 listopada utworzą notkę zarówno z treścią informacyjną jak i własnymi przemyśleniami na temat reakcji na krzywdę dziecka.
Wrzućmy i udostępnijmy plakat.

Jeśli chcecie się dołączyć, wstawcie proszę plakat u siebie na blogu. Udostępnijcie ten post. Pomóżmy uświadamiać tych, którzy boją się i milczą, przechodzą i udają, że nie widzą..

Zapisy blogów : zanetaha@wp.pl
{adres bloga, adres fp oraz adres e-mail}
Więcej informacji https://www.facebook.com/mama.i.jej.pasje  {podlinkujcie na Bebusiową Krainę}

Nasz honorowy Patron akcji : https://www.facebook.com/pages/Marek-Michalak/212848562185545?fref=ts{Rzecznik Praw Dziecka}


Proszę przyłączcie się, bo wielkie zmiany, rozpoczynają się od małych rzeczy...

wtorek, 21 października 2014

świadome uczucie!

Wczorajszego wieczoru usłyszałam drugie tak ważne i piękne dla matki słowo od mojego starszego syna. Pierwszy raz, świadomie, bez powtarzania po kimś, bez powodu, tak po prostu.
Słowo, które sprawiło, że zamokły oczy i radowało się serce i to nie tylko moje.
Poszłam dać Miłoszowi buziaka na dobranoc, bo wczoraj Łukasz Go usypiał. Daję buziaka, błogosławie krzyżykiem na czułku, mówię dobranoc, jak zwykle.
Małe oczka sennie patrzą na mnie i nagle buzia się uśmiecha do mnie i słyszę " Mama kocham"!!!!:) i odwraca się na boczek..

Boże, jakie to piękne doznanie!!!! Nie spodziewałam się, że aż tak szybko usłyszę takie piękne wyznanie:) I ja bardzo mocno kocham obu moich synów!!! I oboje z mężem im o tym mówimy codziennie, aby wiedzieli, że tak jest i staramy się aby to przede wszystkim odczuwali.

Poryczałam się...jak opowiedziałam mężowi, to też się ucieszył (teraz pewnie będzie czekał na swoja kolej;)


poniedziałek, 20 października 2014

bo trzeba się śmiać, wariatkę grać

Ależbym się wyładowała w tym poście, gdybym tylko umiała tak pisać, ale nie umiem i chyba nie chcę, bo tak o Księciu z Bajki, że nie taki książę, to dziwnie. Ale jak mój chłop raz jeszcze mnie tak wkurzy, to Bóg mi świadkiem, że rzucę szmatą i popieprzę całą robotę. Zajmę się tylko dziećmi- promise!!!

W sobotę były zakupy i tak bardzo udane, więc jestem mega zadowolona. Co prawda miało być samej, a wyszło, że pojechali ze mną Miłosz i mąż (Olek został z babcią) i obawiałam się tego, ale w gruncie rzeczy wyszło bardzo sympatycznie. Każdy coś zakupił, chłopcy odpoczęli od siebie nieco, więc nie ma co narzekać:) I jeszcze w niedziele obiad u mamy:):) Jakby to Miłosz powiedział PYSZOTKA:)

Dziś znów zbieraliśmy orzechy (ja się zastanawiam, gdzie te wiewiórki się podziały u licha) Mamy już cały kosz i rozdane prawie półtorej reklamówki i jeszcze zbieramy- nieźle. W tym roku dziękować Bogu wszystko tak obrodziło:) Oby w przyszłym było podobnie.

Dwa tygodnie temu wróciłam do ćwiczeń, ale takich podstawowych codziennych. Takie robiliśmy zawsze na lekcji w-f w szkole, bo strasznie bolał mnie kręgosłup. A i samopoczucie lepsze. Nareszcie sięgam dłońmi do podłogi;) Zawsze ćwiczę z chłopcami rano, jak się już ze wszystkim ogarniemy i raz namówiłam wieczorem męża, choć pewnie liczył na inna gimnastykę ;) ale i tak było wesoło:)
Ćwicząc z Miłoszem, bo Olek na razie tylko patrzy i się śmieje z każdej zmiany pozy, słyszę tylko "MAMO, PATRZ!!! i w tym momencie podnosi nóżkę w górę albo obie rączki daje w bok albo jeszcze coś innego.

W sobotę między Miłoszem a moim bratem, który był z zoną u nas z wizytą wywiązala się taka oto sytuacja:

Miłosz dał Sławkowi katalog ikei i powiedział, że to kotlet dla niego. Sławek miał odgadnąć, czego mój mały kucharz użył do jego zrobienia.
Sławek zaczął wymieniać: A czy jest tu: sól? pieprz? curry? bułka tarta? papryka? wegeta? czosnek? sos? itd. 
Za każdym razem z ust Milosza padało: TAK!
W końcu po dobrych kilku minutach i chyba wymienieniu wszystkich przypraw i składników brat pyta: Czy wujek wymienił juz wszystko?
Miłosz: NIE!
Sławek: nie?! a jakiego składnika wujek nie powiedział?
Miłosz: mięseczko:)

Ponieważ godzina jeszcze w miarę przyzwoita, to na książkę się jeszcze chwilka znajdzie:)

źródło: sieć
SPOKOJNEGO SNU....

czwartek, 16 października 2014

to znak

Po czym poznaję, że zima się zbliża? Nie tylko po mijających kolejnych kartkach kalendarza, nie tylko po chłodzie i potrzebie cieplejszej piżamki. Od czterech tygodni rozprawiam się z pająkami, wielkości połowy dłoni, grubymi, czarnymi...fuuuj!!!! Od czterech tygodni ja z potrojoną energią je wypraszam, a one i tak wracają. Czy nie czają bazy, że ja ich w domu nie chcę? Że jak kumpel nie wrócił, to lepiej się do nas nie wybierać na zimowanko?!
To będzie nasza trzecia zima w domu. Przy pierwszej na widok dodatkowych lokatorów wrzeszczałam, bo pająków się boję... Mąż z zawałem leciał i rozprawiał się z delikwentem. Rok temu już tylko mały przestrach i szybko po męża (bez wrzasku), ale i tak później tydzień patrzyłam, czy w tym miejscu innych nie ma. W tym roku rozprawiam się z nimi sama. Wszystkie rzecz jasna w naszej sypialni (bo mamy ją akurat nad garażem), a w garażu to już cmentarzysko jest. Nawet na ścianach. I wszystkie akurat ulokowują się w naszej narzucie, bo to przytulny koc. Tak więc średnio co dwa dni, z narzutą niosę takiego szczęśliwca, który ucieka co sił. Ale niestety ma pecha, bo z moją obecna wprawą, raczej nie ma szans;) To jeden z plusów domu- pomaga przezwyciężyć fobię;)

Chorubsko wreszcie nas opuściło! We środę byliśmy z Miłoszem na małym spacerze, a jutro (jak nic się nie wydarzy) idziemy na chwilkę i z Olkiem. Tak więc powoli kończymy przymusowy areszt domowy. Ciesze się jak dziecko z cukierka, no ale po czterech tygodniach nie ma się co dziwić.
Przez to "domowanie" dopadła mnie straszna ochota na zakupy. Więc jeśli nic się nie zmieni, to w sobotę ruszam na zakupy! sama, bez dzieci i męża!:):) I jaram się tym faktem jeszcze bardziej;)

Przy okazji wieczornej rozmowy małżeńskiej, kiedy to Panowie śpią smacznie w swoich łóżkach, padł pomysł puść na koncert Stinga. W końcu w marcu ma grać w Krakowie. Ślubnemu musiałam nieco naświetlić postać, bo zawsze myli Go z Philem Collinsem, ale dzięki youtube, sprawa szybko się wyjaśniła. Niestety, czar prysł, kiedy zobaczyliśmy ceny za bilety:( Puki co, to nie na naszą kieszeń i jak to Mąż powiedział "na youtube, też ładnie brzmi;)". I tego wieczoru muzycznie pozostaliśmy już w klimacie Phila Collinsa;)
Na koniec jeszcze dzisiejsza rozmowa z Miłoszem:
Ja: Synku, powiedzieć tatusiowi, że trzeba wynieść śmieci i że mamusia bardzo Go o to prosi.
Miłosz: Tato! ŚMIECI!!

miłego wieczoru:)

poniedziałek, 13 października 2014

bo jesteśmy chorzy, więc...

....się nudzie i rutynie nie dajemy. Przynajmniej się staramy;) Tak więc: malujemy, czytamy, opowiadamy, ćwiczymy, śpiewamy (labada jest naszym hitem;)), przyklejamy, wydzieramy, gotujemy i uczymy się wierszyków. Jestem zaskoczona tym, jak szybko Miłoszowi idzie nauka wierszyków. A wszystko przez czytanie krótkich bajek i wierszyków. Zna już z pamięci lokomotywę, rzepkę i kilka wierszy pana Brzechwy!!! Do tego bardzo szybko uczy się piosenek i co więcej Olkowi też śpiewanie sprawiają dużo frajdy. Kiedy tylko zaczynamy od razu podrywa się i uśmiecha pełną buzią i kołysa się tak jakby sam chciał do nas dołączyć:)

Miłosz nie należy obecnie do dzieci, które zajęłyby się malowaniem. Kiedyś bardzo lubił, ale teraz ma auta, autka i auteczka, bez których nie może się obejść. Na zmianę by tylko gotował i jeździł autami z przerwą na obejrzenie filmu "auta";)
Dlatego tak bardzo mnie cieszy, że w sobotę chętnie malował i wydzierał z papieru. 
Oto kilka Jego prac, którymi nie omieszkam się pochwalić, a które miło się wspomni za jakiś czas:)



Olek natomiast robi się coraz bardziej samodzielny, coraz bardziej posuwa się w swoim rozwoju. Już siedzi stabilnie podczas jedzenia na foteliku, ale jeszcze nie do końca sam siada, więc nie zmuszamy (tylko na posiłki sadzamy). Rozpoczął juz tydzień temu pełzanie, ale jeszcze potrzebuje silnej motywacji (czyt. zabawek Miłosza) aby podpełznąć do zabawki;) Nadal męczą Go zęby i ślini się niemiłosiernie. Musimy przebierać Mu bluzeczki przynajmniej 3 razy w ciągu dnia! Powoli też uczy się władać paluszkami i zaczyna rozumieć, że nie koniecznie książeczki trzeba zjadać;)
 


Ostatnio, ponieważ dużo siedzimy w domu, więc rozpoczęłam wspólne gotowanie z Miłoszem. Pomaga mi to mieć Go na oku, kiedy Olek się bawi na macie, a ja muszę zrobić obiad. Ostatnio pomyślałam, że upiekę szarlotkę. W taki sposób Milosz dostarczył mi jabłka:

świeża dostawa przyjechała pod sam kosz;)

Wesoła sytuacja miała miejsce ostatnio:
Nabieram Olkowi antybiotyk do strzykawki dołączonej do leku i mówię do Miłosza: choć Miłoszku, damy Olusiowi lekarstwo. Na co Miłosz patrzy i pyta: Mamo, będziemy pompować Olka?!

Dziecięca spostrzegawczość, to jest cenny dar:)


niedziela, 12 października 2014

poruszona...

We czwartek będąc w pracy, podczas przerwy śniadaniowej usłyszałam od mojej mamy coś niesamowitego, coś dla mnie osobiście wzruszającego.
 Mama powiedziała mi podczas rozmowy, że" podziwia mnie za to, że tak bardzo poświęcam mój czas na zabawę z dziećmi i że jest ze mnie dumna, że potrafię być dla nich taka dobrą matką!"  Byłam zaskoczona....wzruszona...tak bardzo doceniona....nawet teraz kiedy o tym myślę, mam łzy w oczach. Moja mama nie należy do ludzi, którzy przywykli kogoś chwalić, więc jej słowa wypowiedziane jeszcze przez Nią, są dla mnie bardzo ważne i bardzo, ale to bardzo budujące. Nigdy nie spodziewałam się, że usłyszę takie uznanie od mamy...bardzo Jej za to dziękuję, bo  bardzo wiele dla mnie samej to znaczy:) Nie tylko jako matki, ale przede wszystkim jako córki:):*
źródło: sieć

My natomiast znów jesteśmy uziemieni w domu. Teraz Olek ma zapalenie krtani, a Miłosz właśnie się z niego wykaraskał. I tak nie mam dzieci w przedszkolu ani żłobku, a i tak w domu fabryka leków i z choroby wyjść nie możemy:(  Chyba przyzwyczailiśmy się, bo to będzie nasz czwarty tydzień w domu, więc o wyjściu na pole raczej nie ma znowu szans. Przynajmniej dopóki mąż z pracy nie wróci i nie zajmie się Olkiem. A pogoda taka piękna i tak mi serce ściska, że moje dzieciaki zamiast biegać po polu, to w domu z katarami i cała resztą bakterii siedzą. Ale cóż, takie życie, nie ma co narzekać, tylko Bogu dziękować, że nie szpital.

Tak więc, aby nie dać się rutynie i w domu nie zwariować: malujemy, czytamy, opowiadamy, ćwiczymy, śpiewamy (labada jest naszym hitem;)), przyklejamy, wydzieramy, gotujemy i uczymy się wierszyków. I na odpoczynek też czasem znajdziemy chwilkę czasu, zwłaszcza po to, aby mama mogła spokojnie obiad zjeść, co by sił nie brakło.

Prawdę mówiąc, gdyby nie fakt, że byłam w pracy dwa dni, pewnie byłoby mi mniej do śmiechu. Należę do tych ludzi, którzy potrzebują chwili wytchnienia, świeżego powietrza. Żałuję tylko chłopców, bo Im pewnie też by się przydało. Dlatego mam w planie pożegnać to cholerne chorubsko już w tym tygodniu, aby moje Smerfy mogły znów cieszyć się wolnością. Mam nadzieję, że tym razem św. Juda pomoże;)


piątek, 10 października 2014

To jest genialne!!!!

To zdarzenie znalazłam dziś u mojej koleżanki na fb i bardzo chciałam się nią z Wami podzielić: 
    źródło: sieć
"Niewierzący profesor filozofii stojąc w audytorium wypełnionym studentami zadaje pytanie jednemu z nich:
- Jesteś chrześcijaninem synu, prawda?
- Tak, panie profesorze.
- Czyli wierzysz w Boga.
- Oczywiście.
- Czy Bóg jest dobry?
- Naturalnie, że jest dobry.
- A czy Bóg jest wszechmogący? Czy Bóg może wszystko?
- Tak.
- A Ty - jesteś dobry czy zły?
- Według Biblii jestem zły.
Na twarzy profesora pojawił się uśmiech wyższości
- Ach tak, Biblia!
A po chwili zastanowienia dodaje:
- Mam dla Ciebie pewien przykład. Powiedzmy że znasz chorą I cierpiącą osobę, którą możesz uzdrowić. Masz takie zdolności. Pomógłbyś tej osobie? Albo czy spróbowałbyś przynajmniej?
- Oczywiście, panie profesorze.
- Więc jesteś dobry...!
- Myślę, że nie można tego tak ująć.
- Ale dlaczego nie? Przecież pomógłbyś chorej, będącej w potrzebie osobie, jeśli byś tylko miał taką możliwość. Większość z nas by tak zrobiła. Ale Bóg nie.
Wobec milczenia studenta profesor mówi dalej
- Nie pomaga, prawda? Mój brat był chrześcijaninem i zmarł na raka, pomimo że modlił się do Jezusa o uzdrowienie. Zatem czy Jezus jest dobry? Czy możesz mi odpowiedzieć na to pytanie?
Student nadal milczy, więc profesor dodaje
- Nie potrafisz udzielić odpowiedzi, prawda?
Aby dać studentowi chwilę zastanowienia profesor sięga po szklankę ze swojego biurka i popija łyk wody.
- Zacznijmy od początku chłopcze. Czy Bóg jest dobry?
- No tak... jest dobry.
- A czy szatan jest dobry?
Bez chwili wahania student odpowiada
- Nie.
- A od kogo pochodzi szatan?
Student aż drgnął:
- Od Boga.
- No właśnie. Zatem to Bóg stworzył szatana. A teraz powiedz mi jeszcze synu - czy na świecie istnieje zło?
- Istnieje panie profesorze ...
- Czyli zło obecne jest we Wszechświecie. A to przecież Bóg stworzył Wszechświat, prawda?
- Prawda.
- Więc kto stworzył zło? Skoro Bóg stworzył wszystko, zatem Bóg stworzył również i zło. A skoro zło istnieje, więc zgodnie z regułami logiki także i Bóg jest zły.
Student ponownie nie potrafi znaleźć odpowiedzi..
- A czy istnieją choroby, niemoralność, nienawiść, ohyda? Te wszystkie okropieństwa, które pojawiają się w otaczającym nas świece?
Student drżącym głosem odpowiada
- Występują.
- A kto je stworzył?
W sali zaległa cisza, więc profesor ponawia pytanie
- Kto je stworzył?
Wobec braku odpowiedzi profesor wstrzymuje krok i zaczyna się rozglądać po audytorium. Wszyscy studenci zamarli.
- Powiedz mi - wykładowca zwraca się do kolejnej osoby
- Czy wierzysz w Jezusa Chrystusa synu?
Zdecydowany ton odpowiedzi przykuwa uwagę profesora:
- Tak panie profesorze, wierzę.
Starszy człowiek zwraca się do studenta:
- W świetle nauki posiadasz pięć zmysłów, które używasz do oceny otaczającego cię świata. Czy kiedykolwiek widziałeś Jezusa?
- Nie panie profesorze. Nigdy Go nie widziałem.
- Powiedz nam zatem, czy kiedykolwiek słyszałeś swojego Jezusa?
- Nie panie profesorze..
- A czy kiedykolwiek dotykałeś swojego Jezusa, smakowałeś Go, czy może wąchałeś? Czy kiedykolwiek miałeś jakiś fizyczny kontakt z Jezusem Chrystusem, czy też Bogiem w jakiejkolwiek postaci?
- Nie panie profesorze.. Niestety nie miałem takiego kontaktu.
- I nadal w Niego wierzysz?
- Tak.
- Przecież zgodnie z wszelkimi zasadami przeprowadzania doświadczenia, nauka twierdzi że Twój Bóg nie istnieje... Co Ty na to synu?
- Nic - pada w odpowiedzi - mam tylko swoją wiarę.
- Tak, wiarę... - powtarza profesor - i właśnie w tym miejscu nauka napotyka problem z Bogiem. Nie ma dowodów, jest tylko wiara.
Student milczy przez chwilę, po czym sam zadaje pytanie:
- Panie profesorze - czy istnieje coś takiego jak ciepło?
- Tak.
- A czy istnieje takie zjawisko jak zimno?
- Tak, synu, zimno również istnieje.
- Nie, panie profesorze, zimno nie istnieje.
Wyraźnie zainteresowany profesor odwrócił się w kierunku studenta.
Wszyscy w sali zamarli. Student zaczyna wyjaśniać:
- Może pan mieć dużo ciepła, więcej ciepła, super-ciepło, mega ciepło, ciepło nieskończone, rozgrzanie do białości, mało ciepła lub też brak ciepła, ale nie mamy niczego takiego, co moglibyśmy nazwać zimnem. Może pan schłodzić substancje do temperatury minus 273,15 stopni Celsjusza (zera absolutnego), co właśnie oznacza brak ciepła - nie potrafimy osiągnąć niższej temperatury. Nie ma takiego zjawiska jak zimno, w przeciwnym razie potrafilibyśmy schładzać substancje do temperatur poniżej 273,15stC. Każda substancja lub rzecz poddają się badaniu, kiedy posiadają energię lub są jej źródłem. Zero absolutne jest całkowitym brakiem ciepła. Jak pan widzi profesorze, zimno jest jedynie słowem, które służy nam do opisu braku ciepła. Nie potrafimy mierzyć zimna. Ciepło mierzymy w jednostkach energii, ponieważ ciepło jest energią. Zimno nie jest przeciwieństwem ciepła, zimno jest jego brakiem.
W sali wykładowej zaległa głęboka cisza. W odległym kącie ktoś upuścił pióro, wydając tym odgłos przypominający uderzenie młota.
- A co z ciemnością panie profesorze? Czy istnieje takie zjawisko jak ciemność?
- Tak - profesor odpowiada bez wahania - czymże jest noc jeśli nie ciemnością?
- Jest pan znowu w błędzie. Ciemność nie jest czymś, ciemność jest brakiem czegoś. Może pan mieć niewiele światła, normalne światło, jasne światło, migające światło, ale jeśli tego światła brak, nie ma wtedy nic i właśnie to nazywamy ciemnością, czyż nie? Właśnie takie znaczenie ma słowo ciemność. W rzeczywistości ciemność nie istnieje. Jeśli istniałaby, potrafiłby pan uczynić ją jeszcze ciemniejszą, czyż nie?
Profesor uśmiecha się nieznacznie patrząc na studenta. Zapowiada się dobry semestr.
- Co mi chcesz przez to powiedzieć młody człowieku?
- Zmierzam do tego panie profesorze, że założenia pańskiego rozumowania są fałszywe już od samego początku, zatem wyciągnięty wniosek jest również fałszywy.
Tym razem na twarzy profesora pojawia się zdumienie:
- Fałszywe? W jaki sposób zamierzasz mi to wytłumaczyć?
- Założenia pańskich rozważań opierają się na dualizmie - wyjaśnia student
- twierdzi pan, że jest życie i jest śmierć, że jest dobry Bóg i zły Bóg. Rozważa pan Boga jako kogoś skończonego, kogo możemy poddać pomiarom. Panie profesorze, nauka nie jest w stanie wyjaśnić nawet takiego zjawiska jak myśl. Używa pojęć z zakresu elektryczności i magnetyzmu, nie poznawszy przecież w pełni istoty żadnego z tych zjawisk. Twierdzenie, że
śmierć jest przeciwieństwem życia świadczy o ignorowaniu faktu, że śmierć nie istnieje jako mierzalne zjawisko. Śmierć nie jest przeciwieństwem życia, tylko jego brakiem. A teraz panie profesorze proszę mi odpowiedzieć Czy naucza pan studentów, którzy pochodzą od małp?
- Jeśli masz na myśli proces ewolucji, młody człowieku, to tak właśnie jest.
- A czy kiedykolwiek obserwował pan ten proces na własne oczy?
Profesor potrząsa głową wciąż się uśmiechając, zdawszy sobie sprawę w jakim kierunku zmierza argumentacja studenta. Bardzo dobry semestr, naprawdę.
- Skoro żaden z nas nigdy nie był świadkiem procesów ewolucyjnych I nie jest w stanie ich prześledzić wykonując jakiekolwiek doświadczenie, to przecież w tej sytuacji, zgodnie ze swoją poprzednią argumentacją, nie wykłada nam już pan naukowych opinii, prawda? Czy nie jest pan w takim razie bardziej kaznodzieją niż naukowcem?
W sali zaszemrało. Student czeka aż opadnie napięcie.
- Żeby panu uzmysłowić sposób, w jaki manipulował pan moim poprzednikiem, pozwolę sobie podać panu jeszcze jeden przykład - student rozgląda się po sali
- Czy ktokolwiek z was widział kiedyś mózg pana profesora?
Audytorium wybucha śmiechem.
- Czy ktokolwiek z was kiedykolwiek słyszał, dotykał, smakował czy wąchał mózg pana profesora? Wygląda na to, że nikt. A zatem zgodnie z naukową metodą badawczą, jaką przytoczył pan wcześniej, można powiedzieć, z całym szacunkiem dla pana, że pan nie ma mózgu, panie profesorze. Skoro nauka mówi, że pan nie ma mózgu, jak możemy ufać pańskim wykładom, profesorze?
W sali zapada martwa cisza. Profesor patrzy na studenta oczyma szerokimi z niedowierzania. Po chwili milczenia, która wszystkim zdaje się trwać wieczność profesor wydusza z siebie:
- Wygląda na to, że musicie je brać na wiarę.
- A zatem przyznaje pan, że wiara istnieje, a co więcej - stanowi niezbędny element naszej codzienności. A teraz panie profesorze, proszę mi powiedzieć, czy istnieje coś takiego jak zło?
Niezbyt pewny odpowiedzi profesor mówi
- Oczywiście że istnieje.Dostrzegamy je przecież każdego dnia. Choćby w codziennym występowaniu człowieka przeciw człowiekowi. W całym ogromie przestępstw i przemocy
obecnym na świecie. Przecież te zjawiska to nic innego jak właśnie zło.
Na to student odpowiada:
- Zło nie istnieje panie profesorze, albo też raczej nie występuje jako zjawisko samo w sobie. Zło jest po prostu brakiem Boga. Jest jak ciemność i zimno, występuje jako słowo stworzone przez człowieka dla określenia braku Boga. Bóg nie stworzył zła. Zło pojawia się wmomencie, kiedy człowiek nie ma Boga w sercu. Zło jest jak zimno, które jest skutkiem braku ciepła i jak ciemność, która jest wynikiem braku światła.
Profesor osunął się bezwładnie na krzesło.
Tym drugim studentem był Albert Einstein. Einstein napisał książkę zatytułowaną "Bóg a nauka" w roku 1921"- podobno.

wtorek, 7 października 2014

Wieczorną porą

Nie przypuszczałam, że dzień, który rozpoczęłam migrena i wizytą w szpitalu z Olkiem zakończy się tak..hmm...przyjemnie? inaczej?
Spaliśmy dziś z mężem raptem 3-4 godziny. Mąż miał dziś wychodne wieczorem, bo wcześniej już miał umówione "piwo oddziałowe". Pomyślałam sobie, że ten dzień jeśli mnie nie dobije do końca, to napewno zrobi to migrena połączona z wybrykami i grymaszeniem chorych dzieci.
 nO I JAK TO W ŻYCIU BYWA, NIE MA CO Z GÓRY ZAKŁADAĆ NAJGORSZEGO;)
Otóż chłopcy poszli grzecznie spać zaraz po 19:30 (ale to u nas przeważnie norma). Zmęczona całym dniem i zarwana nocą chciałam tylko zjeść cokolwiek, szybka pryszka i do spania. Jest już po 22, migreny nie ma- zniknęła!!!:):) Mam pomalowane paznokcie, zrobiłam sobie maseczkę, wzięłam długi ciepły prysznic, sprawdziłam pocztę, umówiłam się na zaległe wizyty lekarskie, poczytałam nieco blogosfery, czytam ciekawe artykuły, a wszystko przy kubku zimnej już herbaty i  soundtrack'u z "Gladiatora":):) Już nie pamiętam kiedy miałam czas na taaaki relaks, na spokojną muzykę, nie będącą repertuarem Pana Kleksa lub Fasolek;)
Czuję, że właśnie odpoczywam:) Że nadrabiam zaległość samej ze sobą, tak bardzo potrzebnej mojej rozwianej psychice;)

Chłopaki śpią cudownie: Miłosz tuli cztery resoraki i bidon z wodą- poważnie!!! Ostatnio inaczej nie chce spać:) Olek jak zwykle przytula swojego jedynego misia, ale tym razem nie jego buzie a dupkę:) No widok przecudny:) I co najfajniejsze, obaj w tej samej pozycji, na tym samym boku, z tak samo ułożonymi rękami, mimo, że w dwóch osobnych pokojach:) No cóż- bracia!!!

Własnie skończyłam czytać wywiad z Ireną Eris. Jestem mile zaskoczona ciepłem i prostotą Pani Ireny, Jej podejściem do życia. Gdyby ktoś chciał podaję LINK TUUUU

Teraz czuje się nieco wyjątkowo, dobrze....spełniona w każdym calu tego dnia...

Dzieci tu były październik 2014

A jednak, stało się to czego się obawiałam. W nocy Olek też dostał zapalenia krtani, a Miłoszowi lekarz znalazł jakieś nowe ogniska w krtani. Czyli co? Antybiotyk i inhalacje dla Starszego i inhalacje dla Młodszego. Nasza kuchni powoli przypomina ambulatorium, a podawanie małym pacjetom tego wszystkiego zajęło mi właśnie 30 min! 
Uziemieni jesteśmy zatem na kolejne 10 dni. Jakoś to przeżyjemy, najważniejsze, żeby w końcu minęło.
A tu kolejny artystyczny miesiąc w wykonaniu moich synów;)







niedziela, 5 października 2014

Gwiezdne wojny po naszemu

Tak zapowiadał się ten weekend. Całe szczęście logika i zdrowy rozsądek nie pozwoliły nam popsuć tego wspólnego czasu. Oczywiście chłopcy w sobotę obaj byli tak zakatarzeni, że miałam już przed oczami widmo kolejnego tygodnia w domu. Było wesoło, ale też nie obyło się bez kar. Po obiedzie Lord Wader nawet umył okno tarasowe (a małe nie jest), więc "mroczne widmo" oddaliło się jeszcze dalej;) Popołudniu miałam już wcześniej zaplanowane wyjście na spotkanie ze znajomymi z rekolekcji, na których byłam 10 lat temu jako animator. To spory szmat czasu, ale większość dopisała. Łukasz (znajomy ksiądz) najpierw odprawił w małej kapliczce mszę, a potem pognaliśmy na pyszną kawkę i herbatkę w towarzystwie wspaniałego ciasta, jakie upiekła Magda:) Cudownie- tyle lat, tyle wspomnień. Fajnie, że Łukasz wpadł na pomysł organizacji takiego zjazdu:) Co prawda miało być spotkanie z naszymi już rodzinami, ale jesień żniwo zbiera i wszystkie dzieciaki pochorowane;(  Cóż, tak bywa. Moi chłopcy zrobili sobie z tatą prawdziwy męskie popołudnie. Jak wróciłam, chłopaki smacznie już chrapali:) Usypianie Ich, to czysta przyjemność:)
W niedzielę troszkę zmodyfikowaliśmy nasze plany, ale i tak udało nam się załatwić to co najważniejsze.
po obiedzie pojechaliśmy do mojego dziadka, ponieważ wczoraj miał imieniny, a potem do babci na Batowice i na krótki spacer po naszej ulicy. Niestety tylko krótki, bo Miłosz już znowu kaszlu dostawał. Musimy Mu dawkować pogody, bo nie chcę kolejnego zapalenia krtani, choć buntował się przy tym okrutnie.
Własnie skończyliśmy przeglądać listę autorów i wydawców, którzy będą niebawem na kolejnych krakowskich targach książki!!!! W tym roku mamy małą listę, która zawiera te tytuły, które chcielibyśmy chłopcom za sponsorować. Jeśli o mnie chodzi, to jak rok rocznie będzie spontan- zawsze dobrze na tym wychodzę:)- przynajmniej jeśli o targi chodzi;)

Przeglądając teraz blogi natknęłam się na taką ciekawą propozycję jesiennego latte . Aż ciekawa jestem!
A tu kilka naszych weekendowych migawek:) Miłego tygodnia.











piątek, 3 października 2014

ble ble ble

Dwa tygodnie ciągłego: kataru, kaszlu, smarkania, inhalowania, wycierania, migreny, płaczu, nieprzespanych ząbkowo- katarowych nocy, migreny, pms, braku ludzkiego towarzystwa, zamknięcia w domu. A od dziś do zestawu dorzucam feminizm. Tak zionę ogniem i ilością skumulowanych uczuć do męża mego za ostatnie kilka tygodni, że zastanawiam się, czy wychowanie dzieci i macierzyństwo nie jest prostszą sprawą niż małżeństwo!!! Proszę, akurat dziś mam farta- kumulacja! Nie dość, że psychicznie i fizycznie wykończona, to jeszcze normalnie emocjonalnie...wrrrr.... poszłabym pobiegać, choć do biegających nie należę, ale  gdyby nie fakt, że już po pryszce jestem, pewnie bym to zrobiła. Sistars śpiewało kiedyś "I need some air", Jezu, jak mnie jest potrzeba chwili odmiany, aby nie oszaleć. A tu zamiast wsparcia, normalnie taran...kocham męskie wyczucie chwili;)
 źródło: sieć

Chłopcy wracają do zdrowia, to najważniejsze:) Dziś całej nasze trójce potrzeba była wyjścia na powietrze. 25 minut w ogrodzie załatwiło sprawę:) I ja i dzieciaki wróciliśmy odmienieni. Reszta dnia, to była po prostu sielanka życiowa. Cóż dziecko, też człowiek, od tych samych ścian odpocząć musi. Na kolana rzucił mnie tekst Miłosza, kiedy zbieraliśmy orzechy: " Mamo, patrz jaki orzech malutki! Wyobrażasz sobie?!:)" No zatkało mnie normalnie! I nie wiedziałam czy się śmiać, czy poważnie sprawę potraktować;) Miłosz z każdym dniem jest już tak strasznie kumaty i "dorosły", że rozmowa z Nim jest czasem dla nas niesłychanym zaskoczeniem. Zwłaszcza kiedy powtarza jakieś gesty, zachowania:)
Olek też nie zostaje bierny. Niby tylko  7 miesięcy, a my już wiemy, kto będzie największym prowoderem wszystkich wygłupów i psikusów. Niby tacy różni, a dobrali się jak mało kto:) Nie mogę się tego doczekać, choć mam też nadzieję, że przez to ich figlowanie nie osiwieje za wczas;)

Życzę Wam  milego weekendu. U mnie puki co zapowiadają się gwiezdne wojny....