Moja lista blogów

środa, 31 grudnia 2014

Roczny bilans

Za parę godzin włożę małą czarną oraz szpilki. Wymaluję usta czerwoną szminką, ogarnę włosy i z mężem u boku, w iście imprezowym stylu przywitamy nowy rok.
To nasze pierwsze wyjście na sylwka chyba od 5 lat!:) Idziemy z moim bratem i Jego narzeczoną do klubu.
Mam nadzieję, że się tam odnajdziemy,bo ostatnio w takim miejscu byliśmy jeszcze za czasów studenckich. A trochę czasu jednak minęło;) Ale co tam, z dobrym towarzystwem i pozytywnym nastawieniem świat stoi otworem!!!:)

A skoro koniec roku, to dużo planów i postanowień. Ale nie u mnie.
Drugi raz już wchodzę w nowy rok bez żadnych postanowień, bez planów na to co zrobię i jaka będę.
Bez zbędnego bagażu emocjonalnego i tuzina postanowień.
Po prostu wolna od zbędnych postanowień, których i tak pewnie bym nie dotrzymała;)

Skoro koniec roku, to może małe podsumowanie? Takie szybkie, w kilku zdaniach:):

W tym roku powitaliśmy w naszej rodzinie Olusia. Staliśmy się standardową rodziną 2+2 (zgodnie z założonym życiowym planem rodzinnym;) To chyba najpiękniejszy moment mijającego 2014.
To był dla nas rok wielkich zmian: zawodowych, rodzinnych, rodzicielskich.
Jeden z moich braci ożenił się w tym roku, drugi się zaręczył, a trzeci zdał maturę i dostał się na studia. Jestem z nich bardzo dumna!:)
Jak przewidywałam, również w tym roku nie udało nam się wyjechać na wakacje, ale za to udało sie zakupić kilka rzeczy potrzebnych w domu.
Rozpoczęłam również bieganie i przygotowania do maratonu:)

Tak więc nie wiem i nie planuję nowego roku. Jedynie mam nadzieję, że będzie mijał nam w zdrowiu i miłości, szacunku i codziennym uśmiechu, nawet kiedy będzie źle.

Wam kochani natomiast życzę spełnienia choćby jednej z zaplanowanych rzeczy:)
źródło: sieć






poniedziałek, 29 grudnia 2014

beginning

Tak, to chyba dobre określenie- początek. Początek mojej nowej zabawy. Zabawa stara jak świat i z masą zwolenników. Dziś od godziny 7:15 rozpoczęłam moja zabawę w bieganie:)
 

Od razu przyznaję się, że chyba byłam największym sceptykiem tej formy rekreacji i relaksu:)
Zawsze mnie ono nudziło I nużyło. A fakt, że prawie cała Polska jak nie ćwiczy z Chodakowską, to biega. Nie znoszę robić tego co wszyscy! :)
Ale zawsze są wyjątki od reguły;) Dlatego zdeterminowana dziś rano ruszyłam w świat na moje pierwsze 2,5 km:)!!!
Myślałam, że ducha wyzionę po powrocie do domu:) bo moja skromna osoba nie przyzwyczajona do takiego wysiłku. Miałam wrażenie, że ktoś wbija mi sztylet w klatkę piersiową. Mąż twierdzi, że to tylko przy pierwszym razie. Przy kolejnym już nie będzie bolało- zobaczymy:)

Jak mi się biegło? Cudownie. Normalnie jakbym to od zawsze robiła. I ta pogoda: mrozik, śnieg pod stopami, a w trakcie biegu niespodzianka: padający śnieg:):) CUDOWNOŚĆ!!!
Czuje się dobrze, zrelaksowana i pobudzona. Zaczynam czuć wszystkie mięśnie, ale tego nie uniknę. Przynajmniej na początku;)

Czy to będzie mój kolejny słomiany zapał? nie wiem. Mam nadzieję, że nie, bo ta myśl bardzo długo we mnie dojrzewała. Wiem i znam siebie i wiem, że na tym etapie swojego życia potrzebuję nowego celu. Potrzebuję tego dla siebie, nie dla nikogo innego.
Mój cel to start w cracovia maraton w 2016 roku. Czy się uda?1 nie wiem, ale wiem, że jak nie spróbuję to się nie dowiem:)
Czas pokaże, a życie zweryfikuje moje plany i cele. Na razie chcę, bo to mega fajne:)

Trzymajcie kciuki:)

niedziela, 28 grudnia 2014

jestem zrzęda!

Udało nam się podjąć plan spaceru dzisiejszego dnia. Czy jestem z tego dumna? Chyba tak, choć nasze dupki wymarzły niesamowicie, a szliśmy tylko do wału i z powrotem (raptem 500 m w jedna stronę). W sumie powrót to był już niezły trucht, bo zaczęło nieźle mrozić. Najlepszą opcje miał chyba Bandozi, bo jechał grzecznie w wózku wyprzykrywany kocami:) No Miłosz tez nie narzekał, ale taki chłop mały nie powie, że mu zimno przecież, tylko go " nóżki troszkę bolą";) Faceci!!!:) Kombinator od najmłodszych lat:)
Poszliśmy tylko dlatego, że trułam mężowi już za uszami dobry czas. Może nie była ku temu najlepsza pogoda, ale teraz to już pozamiatane....
Więc jestem zrzęda! Ileż ja się olabidziłam, co byśmy wyszli, bo: mrozi, bo warto zahartować, bo świeże powietrze, bo.., bo..., bo... !!!! :)
 I mój Ślubny aby udowodnić mi, że miał rację. poszedł z nami na ten spacer;)
No wracając modliłam się, aby aby te kilka metrów mijało szybciej:):)
Kocham Go za to, że nie skomentował tego szybkiego powrotu do domu:*
Chociaż Miłosz chciał jeszcze zostać:)

Więc od dziś postaram się mniej zrzędzić, bo nie zrzędzić w kobiecym przypadku to chyba niemożliwe;)

Po śniadaniu wybieraliśmy się do pobliskiego kościoła na mszę, ale jak zwykle wybrać się z dziećmi to nie możliwe, więc jak opuszczaliśmy garaż, to msza już trwała dobre 10 minut.
Więc trzeba było wymyślić inną mszę, skoro spakowani i gotowi siedzieliśmy w aucie.
Szybki rzut oka w wyszukiwarkę i pojechaliśmy do kościoła Bonifratów. Mieszkam w Krakowie od urodzenia, a nawet tam nigdy nie byłam.
Kościół jest cudowny: mały, pięknie wykonany,ozdobiony. Bardzo kameralny, a jednocześnie prawie w centrum miasta.
Lubie takie miejsca, bo łatwiej mi wtedy myśli zebrać, łatwiej jest się mi modlić, mimo, że oczy dookoła głowy za dziećmi:) Polecam!!:) Więcej info TU

Ten spontaniczny mały gest, przypomniał nam, jak jeszcze bez dzieci chodziliśmy na niedzielne msze do innego kościoła. Głównie dlatego, że chcieliśmy poznać zabytki miasta, ponieważ mój mąż nie jest krakusem, więc było to dość fajne, przyjemne i kształcące:) Nie wprowadzało też rutyny.

Wracając wstąpiliśmy do decathlonu na małe dobranie sprzętu dla męża do biegania. Miłosz za każdym razem oczywiście wychodzi z nową piłką. Ostatnio była piłka do pilatesa, a teraz do nogi. On tak już zna ten sklep, że każe sobie podać koszyk i idzie prosto na dział z piłkami:) Potem pyta czy może piłeczkę. Ja lub mąż każemy zapytać drugiego rodzica, czy może. Skutek jest taki, że biegnie ciągnąc za sobą koszyk przez cały sklep i wpada w nas zapytać tylko, czy może i wraca łapiąc nieduży zakręt;)
W domu był mały problem, bo i Miłosz i Olek chcieli bawić się piłką...Ja również zrobiłam male zakupy:) Mam czapkę i rękawiczki i komin do biegania i buty (to wczesny prezent urodzinowy od męża):):):)
Jutro zaczynam biegać :) I niby to takie nic, ale czuję lekka ekscytację:) Jestem ciekawa, czy dotrwam i wykonam założony plan?!:)

sobota, 27 grudnia 2014

poświątecznie


Tegoroczne święta minęły naprawdę szybko, choć w prawdziwie rodzinnej i ciepłej atmosferze:) I to nie tylko ze względu na pogodę ( w wigilie było w krk 12C), a w pierwszy dzień w Radomiu chyba 9. Za to nie obyło się bez niespodzianek. Tegoroczna, to śnieg, który spadł dopiero na drugi dzień świąt:) Piękny, mięciutki jak kaczuszka;)

O dziwo po raz pierwszy od dawna nie czuję zmęczenia świętami, nie boli brzusio, a w głowie jest spokój i harmonia. Cholerka, chyba udało mi się naprawdę przeżyć te święta tak jak chciałam.
 Z kolęda na ustach, w gronie rodzinnym i migrena w tle (tego akurat nie planowałam, no ale cóż).
Kocham ten czas.

W naszym domu po raz trzeci ubieraliśmy nasza choinkę. Miłosz miał tak wielką zajawkę w tej kwestii, że nie pozwolił mężowi zdjąć płaszcza po powrocie z pracy, tylko od razu wnioskował aby tata poszedł na strych po choinkę. Nawet sprzątanie zabawek poszło mu jak nigdy szybko i bez gadania:) Kiedy choinka była już na dole, ciągle podchodził i mówił, że jest piękna!:)
Po jej ubraniu jeszcze długo, długo siedział (pod nią, na przeciw niej, obok niej) i oglądał, podziwiał, dotykał...Brak słów aby opisać Jego radość i zachwyt, mimo, że godzina była już naprawdę późna:)

Na drugi dzień nie można było jej w ogóle zgasić:) Musiała cały czas świecić:)
Całe szczęście Olek do tej pory nie bardzo się nią interesuje...ufff:) Jest szansa, że pochowamy banki w komplecie na następny rok;)

Dziś natomiast z racji śniegu i prawdziwej zimy, jaka zawitała do naszego ogrodu. Wieszaliśmy karmnik dla ptaszków, własnoręcznie zrobiony przez ślubnego:)
Więc wyjścia nie było, załadowaliśmy troszkę ziaren do wiadereczka i poszliśmy dumnie montować karmnik na drzewie, a potem ugościć jego mieszkańców małym poczęstunkiem.
Olek zajechał swoim dyliżansem, choć jak widział jak Miłosz biega po śniegu i sie nim obrzuca, to za nic w świecie nie chciał zostać w wózku. Najbardziej chciał raczkować po śniegu, ale na to z bólem serca pozwolić nie mogłam, bo wystrzegam się chorób jak ognia. Dwa miesiące chorowania w domu wystarczą!
Więc jak już nam dupki odpowiednio zmarzły i noski się zaróżowiły, a ptaszki zostały nakarmione, wróciliśmy do domu na ciepłą herbatkę:)

Miłosz wychodząc z garażu z wiaderkiem ziaren wołał na całą uliCĘ:" pTASZKI, PTASZKI!ziarenka!" I tak kilka razy, dopóki zawartość wiaderka nie znalazła się w karmniku:)

 
Jutro, jak pogoda tylko dopisze, planujemy spacer po parku, ale nic nie planuję, bo życie wszystko i tak weryfikuje po swojemu;)

Dziś natomiast po zakupach przedsylwestrowych mąż z Miłoszem uprzedzili mnie, że będziemy mieli rybki! Tzn. mąż chce mieć. Kiedy ja z Olkiem (no bo z wózkiem łatwiej niż z biegającym smykiem;)) wybierałam sukienkę, oni w tym czasie w zoologicznym zrobili listę od akwarium, aż po rodzaj rybek! I nie wiem, który był bardziej przejęty kiedy o tym mówili: mąż czy Miłosz;)
Jak to będzie z tymi rybkami, czas pokaże:)

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Powierzchowne święta?

Jest już połowa grudnia, a za kilka dni Wigilia i Święta. Od kiedy są dzieci, praca, dom święta niestety schodziły u mnie na drugi plan. Tzn. może nie chodzi o same święta, bo obchodzę je zawsze w gronie rodzinnym (swoim oraz męża). Od ośmiu lat kursujemy między Krakowem, a Radomiem. Co roku tak samo. Dwie wigilie w dwóch różnych miastach. Pierwszy dzień świąt w Radomiu, drugi w Krakowie. Zawsze było ważne co zabrać, co przygotować, jak pojechać, co kupić w prezencie pod choinkę itp. Spowiedź, zawsze zostawiałam na szaaary koniec. Msza w święta to albo pasterka albo msza  wciągu dnia. I nie czułam klimatu mimo pięknej choinki, śniegu, rodzinnego grona.
To zawsze była tylko otoczka, takie powierzchowne święta.

W tym roku bardzo chciałam spędzić te święta inaczej. Chcę przeżyć te święta tak wewnętrznie, prawdziwie. Chcę śpiewać kolędy, tak jak robiłam to będąc dzieckiem. Chcę iść na pasterkę i całą czwórką iść do szopki.
W tym roku nie chcę powierzchownych świąt, sztucznej otoczki, którą komercja podsyca. Próbuje odnaleźć magię świąt, ale tych właściwych.
I ani śnieg nie zależnie czy będzie czy nie, ani choinka, ani pieczenie ciasteczek nie zakłóci mi tego czasu. Nie zaślepi tego co ważne.

Po raz pierwszy od bardzo dawna najpierw postawiłam na spowiedź, potem prezenty i choinka.
Teraz powoli czuję, że przygotowania do świąt ruszyły, mimo, że wigilia jak co roku na dwa domy:)

Dziś zrobiliśmy z Miłoszkiem prezenty dla dziadków. W zeszłym roku były własnoręcznie malowane bombki, a w tym bałwanki:) A ponieważ w tym roku malowanie nie przychodzi ochoczo synowi, to postawiliśmy na to co lubi: wydzieranki i naklejanki:)
Wszystko robił sam! Wyszło tak:
Jak sam powiedział: mamusia, śliczne są" i ja się z Nim zgadzam:)
Dziś ubieramy choinkę, jak Łukasz wróci z pracy. Mam nadzieję, że choć kilka dni pisane będzie choince stać spokojnie w naszym domu, bo z Olkiem, to nic nigdy nie wiadomo;)

A Wam kochani, życzę prawdziwych radosnych, pełnych rodzinnego ciepła świąt oraz aby Maleńka Miłość narodziła się i waszych sercach.
źródło: sieć

czwartek, 18 grudnia 2014

Przeminęło z wiatrem

Dziś natknęłam się na artykuł sprzed kilku dni odnośnie 75 rocznicy premiery kinowej "Przeminęło z wiatrem".
Nie mam chyba żadnego sentymentu do tego filmu, ale jedno co przyszło mi do głowy, kiedy zobaczyłam to zdjęcie, kiedy to Rhett trzyma w objęciach Scarlett, przypomniało mi moje dzieciństwo. Konkretnie jedne z wakacji w latach 90, które spędzałam u dziadków na wsi. Miałam wtedy ja wiem, może jakieś 7-8 lat.
Pamiętam, że oglądałam ten film na starym wielkim telewizorze z kineskopem.
Pamiętam, że podobał mi się film (w sumie początek), ponieważ zasnęłam chyba w połowie;)

Pamiętam obrazki- migawki tamtych wakacji: pieczenie kiełbasek na grillu u ciotki w ogrodzie pod śliwą.
Pamiętam nasz stary samochód (dostawczy ford niebiesko- turkusowy z plandeką).
Pamiętam moich kuzynów i kuzynki, nasze zabawy.
Pamiętam pogodę- było ciepło (jak to w lecie;)).
Pamiętam moja bluzkę w azteckie wzorki.
Pamiętam odpust i jasno niebieską sukienkę, w której szłam do kościoła (na kołnierzyku miała dwie broszki w różyczki:)) .
Pamiętam rozłożony namiot u babci przed domem.

I to właściwie dziwne, ale  z tym skojarzyło mi się w pierwszym momencie "Przeminęło z wiatrem":):)

To wesołe, moje wspomnienie dzieciństwa, wakacji:)

I przyjemnie mi się zrobiło, bo od tego czasu minęło sporo czasu, a ja pamiętam to przez jeden drobiazg;)

Pamiętam, że kilka lat później próbowałam przeczytać książkę "Przeminęło z wiatrem", ale niestety nie porwała mnie. Może dlatego, że nie wiele jeszcze wtedy rozumiałam, wiedziałam o życiu, o miłości?

Może kiedyś spróbuje raz jeszcze?! :)
źródło: internet

środa, 17 grudnia 2014

były bombelki

Czy można zaspać? Ano można. Od poniedziałku wróciłam na chwilkę do pracy, a chłopcami zajmuje się Teściowa. Jednak dziś miałam wolne, gdyż pewna wspaniała moja koleżanka obchodziła dziś swoje piękne święto. I z racji tego pięknego święta, którym są (a w sumie już były) 30 urodziny Magdy, była babska kawka:)

Oczywiście kawka nie była sama, ale w towarzystwie cudownego, niebiańsko słodkiego limonkowego tortu, który Magda sama upiekła!!!! I oczywiście, jak na prawdziwą fankę, tort był z jednym ze zdjęć zespołu Backstreet Boys- Ona ma ich punkcie fioła- szalona:*:):):)
Tort wyglądał tak: 



Był cudowny z wyglądu i przepyszny!!!!Chociaż to nie zdziwko, bo Magda ma dar do takich rzeczy, mówię wam! Czego by nie upiekła- ZJEM:)!!!

Jednak największą frajdę miałyśmy z darta!!! Szalona solenizantka machnęła sobie taki prezent!:) Ostatni raz grałam jeszcze na studiach! Zamiast na wykładach siedzieliśmy z paczką znajomych na piwku w knajpce obok uczelni i godzinami siupaliśmy w tarczę:) Mój mąż przeważnie zawsze wygrywał. Ja, no cóż...jakby to powiedzieć:" kto nie ma szczęścia w grze, ma w miłości;)".
Genialnie było!!! Żałuję tylko, że Milosz nie mógł zemną pójść, bo się rozchorował, a miał fajne towarzycho do zabawy. No cóż, może za rok;)

Miłosza wczoraj rozłożyła gorączka i kaszel, więc wizję kolejnego zapalenia krtani miałam w głowie. Na szczęście okazało się to jakimś małym wiruskiem, bo dziś wszystko wróciło do normy:)

Korzystając z dnia wolnego i opieki nad dziećmi, ogarnęłam nieco pranie, ale i tak do pełni porządku i składu przedświątecznego jest daaaleko....
Nie mam siły i czasu, bo po pracy jestem wyrąbana, jak koń po westernie, a chcę jeszcze trochę czasu z dziećmi spędzić. Potem jeszcze gotowanie na następny dzień, więc do łóżka wracam prawie na czworaka. Ale nie narzekam, bo nie ma na co:) 

Tak więc jutro kolejny pracowity dzień:) I szczerze, to tęskni mi się już za moimi chłopcami:)


niedziela, 14 grudnia 2014

grudzień?

Patrzę przez okno i widzę...wiosnę!!!! Jest połowa grudnia, a ja za oknem mam piękne słońce, zielona trawę, ciepłe powietrze i 8 C:) Normalnie szał gwizdka.

I jak tu o sankach myśleć?!
Chyba trzeba będzie powoli przyzwyczajać się do ciepłych zim i świąt bez śniegu, choć może nie ma co jeszcze tracić nadziei?

Dziś zaliczyliśmy pierwszy spacer od kilkunastu tygodni. Boże, jakbyśmy dostali cudowny dar od losu. Jak człowiek docenia wolność, kiedy jest uwięziony chorobą w domu.

Rano oddaliśmy również szlachetną paczkę, którą wczoraj wieczorem została zapakowana.

12 kartonów pełnych rzeczy tak prozaicznie zwyczajnych, podstawowych do życia, że to wydaje się aż niemożliwe, że komuś brakuje na mydło, czy makaron!
To piękna inicjatywa i bardzo się cieszę, że po raz trzeci mogłam w niej uczestniczyć. I wdzięczna jestem każdemu z darczyńców, którzy robili z nami paczkę. Prawie wszyscy są z nami od początku:)
Na przyszły rok też chciałabym powtórzyć to przedsięwzięcie:) Zobaczymy, czy Bozia da zdrowie na przyszły rok:)

Pojawiają się nam również plany sylwestrowe, ale nic nie planuję, bo z dziećmi różnie bywa, ale nieśmiało przeglądam już sukienki sylwestrowe:)

Jutro na cały tydzień idę do pracy, bo jest bardzo dużo pracy.
Chłopcy zostają z teściową. Przyjechała na cały tydzień, więc jej pomoc pozwoli nam również nadrobić zaległości urzędowo- lekarskie;)

PS.
Zauroczył mnie dzisiejszy zachód słońca widziany z naszej domowej biblioteczki!




poniedziałek, 8 grudnia 2014

moja sesja

Po raz pierwszy w życiu miała NIESAMOWITĄ przyjemność uczestniczyć w sesji sama. Nie ślubna, nie rodzinna, Sama. Cała uwaga skupiona tylko na mnie!!!:)- Jezu, jak przyjemnie:)

Więc było tak: profesjonalne studio, profesjonalne przygotowanie i dobra zabawa z fotografem:)
Piękny makijaż w wykonaniu Pauli, a za obiektywem charyzmatyczna Bellove:)

A to efekty:)





Oj, jak taka sesja i chwila czystego zdrowego egoizmu dobrze wpływa na własną samoocenę i samopoczucie!!!!

A do tego korzystając z mega doświadczenia Pauli, przy robieniu makijażu uzyskałam odpowiedzi na wszystkie nurtujące mnie pytania dotyczące doboru kolorów kosmetyków do mojego wyglądu!!:) 

Poniżej podaję linki do fan pagów dziewczyn- tam zobaczycie te wspaniałe cuda:

Bardzo bardzo Wam dziewczyny dziękuję za tak cudowne przedpołudnie i prezent Mikołajkowy:*

PS.
My znowu chorujemy, znowu duszności Olka, znowu widmo szpitala nad nami....oby tym razem antybiotyk pomógł.

Natomiast melduje, że prezenty zmieniają zdanie młodych ludzi;) Otóż wg Miłosza, św. Mikołaj jest spoko fajny. Z każdym prezentem kochał Go coraz bardziej;) ach, te dzieci... :)



piątek, 5 grudnia 2014

czekanie

Budziki nastawione, prezenty przygotowane. Już za kilka godzin położymy pakunki chłopcom w łóżkach i będziemy nasłuchiwać (zwłaszcza ja) ich pierwszej reakcji!:):)
Ciekawa jestem zwłaszcza reakcji Miłosza. Czy Święty pozostanie Jego wrogiem publicznym numer jeden, czy przekona Małego do siebie?! Rano się dowiemy!

źródło: internet

W niedzielę natomiast czeka mnie cudowna zabawa i przygoda. Dzięki kochanej Bellove na kilka chwil stanę się modelką!:)!! Powaga!!!
Tak strasznie się cieszę i nie mogę doczekać!!! Nareszcie coś tylko dla mnie!!!:) Bez dzieci, bez męża, bez pośpiechu i marudzenia:):)!!!!
Oh...już pisałam, że warto czasem ponarzekać sobie?;););)

Tak więc myślami jestem już w studio, a świadomością jeszcze w domu. Jutro dla Mikołajów, którzy nas licznie pewnie nawiedzą trzeba jakieś łakocie przygotować, no bo jak tak Mikołaja bez ciastka i mleka?!;)

I znowu wróciłam do Grey'a. Ja nie wiem, czy to takie normalne, ale lubie do niej wracać. w przeciągu ostatniego półrocza, to chyba mój trzeci raz:) I żeby jasne było, nie ze względu na sceny erotycznych uniesień, ale na postać samego Greya. Nie wiem, co w nim jest, ale lubię Go:)
Tym samym zrobiłam sobie lekką przerwę od ostatniej książki z targów. Recenzje niebawem:)

A ponieważ muszę się dokurować jak najszybciej do niedzieli, uciekam pod ciepłą kołderkę z kubkiem gorącej herbaty rozgrzewającej. Bo noce do ciepłych ostatnio nie należą...podobno zima jest w mieście, a u nas w ogródku przez okna tylko zielona trawkę widać:)

źródło: internet




o Mikołaja się rozchodzi

Kiedy wszystkie dzieci pisały listy do św. Mikołaja, nasz Miłosz zaprotestowal. Baa! Była z tego mała awantura i placz. On nie będzie pisał, nie! nie! nie! Na samo wspomnienie o Mikołaju zaczyna płakać.
Kiedy spokojnie zapytałam dlaczego, to usłyszałam "bo nie ma Mikołaja!":(:( Aż mi serce ścisnęło.
Odpuściliśmy listy, ciasteczka i opowiadania o Mikołaju. Nic na siłę.
Zakupiliśmy prezenty i zobaczymy jaka będzie Jego reakcja jutro rano, kiedy zobaczy podarunki.
Wspomniałam Mu wczoraj, że był grzeczny w tym roku i może dostanie jakiś prezent od Mikołaja. Popatrzył tylko na mnie i powiedział, że "nie chce"! Zamurowało mnie ponownie, jak nie chce?! :( Odpuściłam...Ale dziś w nocy dostanie prezent. Zobaczymy jak się zachowa.

I jest mi cholernie przykro, bo Miłosz jest takim wrażliwym chłopcem, więc myślałam, że będziemy razem list pisać, że Go na pamiątkę schowam, że będziemy piec ciasteczka, wspólnie wyczekiwać, a tu lipa;(

Im więcej czasu ostatnio mam możliwość oglądać wspólne harcowanie moich chłopaków, tym bardziej jestem przekonana, że decyzja na kolejną ciążę w niedużym odstępie czasu była właściwa. Choć bywały tez takie chwile, że jednak lepiej było poczekać. Grunt, że obaj w miarę rozwoju Olka dogadują się nadzwyczaj dobrze. Jeden bez drugiego nie istnieje:) Wszędzie razem, w łazience, w kąpieli, w zabawkach, przy stole. Dobrze, że śpią w osobnych pokojach, bo maja szansę potęsknić. Ale i tak pierwsze kroki Miłosza skierowane sa do sąsiedniego pokoju brata, który już na sprężynowych nogach czeka, aż ten wpadnie i powie "cześć Olku"!!!":):)

Olek niedawno zaczął bezustannie wykorzystywać swoja mowę! Pojawiło się już "baba" i "tata"- to jest Jego ulubione. Mówi podczas zabawy z Miłoszem, samemu, podczas raczkowania, podczas posiłków, a wszystko w różnych tonacjach, z różnymi emocjami. Zapomniałam, jak to już było i jakie to jest wspaniałe.
Wczoraj przebiła mu się trzecia dwójka, więc Jego uzębienie powoli nabiera pełności. W poniedziałek natomiast w euforze zabawy, złapał grający pchacz i przespacerował się z nim po salonie jakieś 80 cm sam!!!! Jak torpeda pobiegłam po męża, a obaj z Miloszem patrzyli na mnie po powrocie wzrokiem "oj matka, matka"!:) Nie zmuszamy Go do chodzenia, nie prowadzamy za raczki. Czekamy, aż sam będzie miał na tyle stabilne i mocne nóżki, bo na razie to było takie jednorazowe turnee w Jego wykonaniu.

W ogóle przez ten szpital przeoczyłam dziesięcio- miesięcznicę Olka. Jaki to już jest kawaler!!:) A przecież tak niedawno się urodził.

Natomiast wczoraj dotarł nasz, w sensie mój i męża prezent mikołajowy:)
Właśnie się zaparza w imbryczku, przepyszna arabica od Movenpick'a! Pyszna, delikatna...ahhh
Piliśmy ją w sobotę u szwagrów, bo przywieźli ze Szwajcarii.
Zauroczyła nas:)

Także z filiżanką pysznej kawy w ręku, życzę miłego dnia.

czwartek, 4 grudnia 2014

Pieronica jedna

Zmiana pogody nigdy nie wychodziła mi na dobre. Od wczoraj znów męczy mnie migrena. Czasem już sił nie mam do tej piekielnej zarazy, a do tego jeszcze przeziębienie daje znać o sobie. I bądź tu człowieku matka na pełnych obrotach- no nie da się, jak głowa ociężała prawie włóczy się po podłodze. Dobrze, że chłopcy obaj zasnęli to zaraz zmykam odsypiać, czekam tylko, aż kurier z przesyłka przyjedzie.

Co najważniejsze zdrowiejemy i jak Bozia da, to w sobotę kopsniemy się na mały spacer, bo Miłosz już ciągle tylko o polku mówi:)