Moja lista blogów

czwartek, 31 grudnia 2015

w 2015 było tak:

Ten rok był dla mnie dość niezwykły. Myślę, że gdybym chciała go postrzegać, w kwestii udany czy nie udany, powiedziałabym (baa mówię) że był bardzo udany:) Sporo stało się w nim dobrego, ale jak to bywa i tych smutnych gorszych chwil też było kilka. Co tak ważnego było w tym roku dla mnie:

  1. Mój licznik osiągnął już magiczne 3 z przodu!!:)
  2. Zasiadłam wreszcie po tak długim czasie za kółkiem. Zmuszona nieco sytuacją, bo po dobroci to by mnie wołami nikt nie zmusił. Jeździ mi się dobrze i teraz dopiero widzę, jaka daje to niezależność i ułatwienie przy dzieciach.
  3. Skoro jestem przy jeździe autem, to nie mogę omieszkać iż jestem pierwszym kierowcą w naszym domu (drugim jest mąż), który "ochrzcił" dotąd niebite auto;). Dzięki Bogu bez większych szkód i utraty w ludziach.
  4. W tym roku niemożliwe stało się możliwe. To niebywałe, ale udało się zebrać milion dolarów na operację małej Zuzi, w akcji której brałam udział. To niesłychane. W niecałe 10 dni Zuzia zebrała tak potrzebną kwotę na operację! Wielokrotnie, kiedy o tym myślę, czy mówię to się wzruszam (teraz też mam już mokre oczy). To piękny cud i hojność nas wszystkich.
  5. Była kolejna już szlachetna paczka (czwarta)! Jak raz się zacznie, to już się nie da przestać:) Tu dziękuję tym wszystkim zaangażowanym, którzy ja tworzyli z nami:*.
  6. Moi mali mężczyźni rozpoczęli edukację żłobkowo- przedszkolną:) Nadal przeraża mnie fakt jak szybko rosną!
  7. W tym roku po raz pierwszy od 9 lat mieliśmy własną domową wigilię. Bez żadnych wyjazdów, nasza własna...
  8. Z takich przyziemnych spraw, to zeszłam do rozmiaru i sylwetki o jakiej zawsze marzyłam!! I jestem z siebie taka dumna. To ciężka praca i wysiłek, który jest przyjemną codziennością. 
  9. W tym roku znowu nie mieliśmy wakacji, ale tak już pokochałam ten nasz przydomowy (jeszcze) trawnik, że jak już za parędziesiąt lat skończymy nasz ogródek, to odpoczynek w nim będzie największą z przyjemności:)
W tym nowym roku (2016) życzę sobie i Wam przede wszystkim zdrowia i wszech otaczającego dobra i miłości oraz samorealizacji i uporu w dążeniu do obranych celów:)

sobota, 26 grudnia 2015

poświątecznie

Święta u siebie w domu to fantastyczna sprawa. Ta wigilia była dla mnie szczególnie ważna, bo nasza. Choroba Olka podarowała nam mały prezent wigilijny. Chciałam od dawna zrobić taką naszą wigilię, bez jazdy do jednych, a potem drugich rodziców. Chciałam swojego zapachu świąt w domu: suszu, grzybów, śledzika. Chciałam naszej własnej tradycji w wigilię. Wybraliśmy oczywiście po jednym daniu z naszych rodzinnych wigilii i oba okazały się zupami:)

Było przyjemnie, choć inaczej. Nasze wigilie u rodziców to zawsze grono najbliższe, ale duże (ponieważ oboje z mężem mamy po troje rodzeństwa). Teraz powiedziałabym, że było kameralnie...Było po naszemu:)
Przyjemnością niesamowitą jest wreszcie poczuć zapach świąt u siebie w domu....

poniedziałek, 21 grudnia 2015

zbiorczo

Sprawy potoczyły się tak, jak przewidywaliśmy: Olek ma ospę, więc święta w domu. Po raz pierwszy od 9 lat nigdzie nie jedziemy. Zostajemy u siebie i mamy swoją własna wigilię:):):) No nie będę ukrywać, że się cieszę:):) Wszystko już zaplanowane: menu na całe święta i wigilię. Oczywiście moja rodzinka wpadnie z odwiedzinami. Ze strony męża niestety wszyscy maja małe dzieci, a i Radom daleko;(
Choć rzecz jasna żal mi Olusia w tym całym świątecznym czekaniu, ale dzielny jest mój mały skrzat! Bardzo ładnie znosi chorobę.

Krosteczki już mu znikają. Powoli wraca do normalnego wyglądu. Teraz czekamy tylko, czy odbije się to również na Miłoszku. Zgodnie z przewidywaniami za tydzień się dowiemy.

Na razie obaj są w domu, nie chodzą do żłobka i przedszkola. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona ich wzajemną komunikacją i przebywaniem razem w domu. Nie chcę zapeszać, ale w stosunku do siebie na wzajem są bardzo grzeczni. Spodziewałam się "sajgonu", a mam dwójkę uwielbiających się braci:):) Wszystkim się dzielą, są dla siebie uprzejmi, nikt nikogo nie bije. Nie ma wojny, jest zgoda!!!:) Przez pierwsze dwa dni wszędzie chodzili za rękę:) Uwielbiam ich takich. Teraz są na etapie wspólnego figlowania. Do tego trzymają mocno sztamę- super, mimo, że czasem nie wiem, czy śmiać się czy płakać z tych ich figlów:)
Pięknie też rysują. Oluś zawsze był dokładny i jego kolorowanki prawie zawsze były dokładne. Miloszek nabył tę umiejętność dzięki przedszkolu. Widać, ze się stara i wie na czym to już polega- kiedyś Wam pokażę;)

Oluś zaczyna coraz więcej mówić. Składa już dwuczłonowe wyrazy (mama pić, daj mi pić, chce zjeść płatki, proszę mamo, nie ma Miłosz, tata chodź, miś śpi). Coraz częściej wymawia nowe słowa i poprawnie ich używa w mowie. Oczywiście jak na swój wiek, nieco je przekręca, ale my znamy ich znaczenie i rozumiemy, np.:
mindi- mandarynki,
pempu pempu- pieluszki,
Śmiało radzi sobie też z angielskimi słówkami, które poznaje razem z Miłoszkiem podczas słuchania płyt metodą Helen Doron!

Dziś ubieraliśmy choinkę. Jak co roku zachwyca nas mocno:) Chłopcy ubierali ją po części sami. Pięknie się spisali i sobie radzili:). Jutro będą ubierać małe choineczki w swoich pokojach:)

Teraz mnie czeka "sprzątanie przed świętami", które przez tyle lat mnie omijało, całe szczęście dużo tego nie ma:)

wtorek, 15 grudnia 2015

chichot losu

Przeważnie o tej porze roku, wiemy mniej więcej jak będzie wyglądał nasz okres wigilijno- świąteczny. Miało być jak co roku: dwie wigilie, święta na zmianę u jednych i drugich rodziców po dniu.
Ja od kiedy mieszkamy na "swoim" chciałam zorganizować ogromną wigilie u nas. Z naszymi pomieszanymi nieco tradycyjnymi potrawami i chciałam coś swojego w to wkleić, ale co roku jakoś tak wychodzi, że to w sferze marzeń zostaje...

Zapowiada się jednak, że jak zazwyczaj los wziął w końcu moją stronę i wszystko na to wskazuje, że na wigilię zostaniemy u nas w domu! We czwórkę, przy własnej choince, stole i pomysłami.
Załatwił mi to Oluś. Dzis opuszczając przedszkole dostałam info od Pani, że maja ospę w przedszkolu potwierdzoną dziś przez rodziców jednego dziecka. Co więcej dziś już czwórka podopiecznych ( w tym Olek) mają Krosty ospowe....

Pediatra dopiero jutro, więc czekam na rzetelną opinię lekarza, ale coś mi mówi, że będziemy nieco uziemieni...
I cały czas mam tylko jedną jeszcze nieśmiałą myśl: wigilia u nas?:)

czwartek, 10 grudnia 2015

jestem w pracy!!!

i jest mi dobrze!:) oj, jak dobrze. Kocham swoją pracę. ...
Olciu 5 godzin w żłobku, potem jedziemy do domu na drzemkę. Po 15-tej po Miłoszka i potem już do wieczora smykolimy.
Znowu chodzę spać ostatnia:) Ale za to w zupełnej ciszy i spokoju ogarniam nasz dom, pranie, prasowanie....
I ten plus, że już obiadów nie muszę gotować na tygodniu...

Jest mi dobrze wśród dorosłych:)
Taki powiew świeżości....

Miłego dnia:)

czwartek, 3 grudnia 2015

męska robota na kiermasz świąteczny

W przedszkolu Milosza organizowany jest "kiermasz świąteczny" ozdób, które w domach przygotowują dzieci z rodzicami. Taka rodzinna zabawa:)
Nie jest obowiązkowa, no ale jak ktoś chce to prosze bardzo.
Ponieważ ja nigdy jakoś zdolności ekstra plastycznych nie miałam, ale zawsze mimo wszystko chciałam brać udział w tego typu przedsięwzięciach. Ze względu na dzieci. Po tym jak czytałam bajkę w grupie Miłoszka, widzę jak bardzo jest to dla niego ważne.
Dlatego w sobotę ja, Miłosz i Olek stanęliśmy przy stolnicy i robiliśmy figurki (ozdoby) z masy solnej. Mąż zapowiedział, że ktoś też z naszej czwórki musi te cuda licytować, więc to będzie Jego działka;)
Wczoraj zakończyliśmy dzieło dekorowaniem farbami i brokatem.
Było strasznie fajnie, ciekawie i plamiąco, ale efekt końcowy bardzo nam się podobał:)
 


Chłopcom cała ta farbkowa "zabawa" bardzo się podobała:) Mnie z resztą też;) W sumie jak na prawie 4 i 2 latka, to efekt bardzo ładny (tak nieobiektywnie mówiąc;)). Teraz jeszcze tylko pozostało nam zawiesić sznureczki i jutro zawieźć do przedszkola:)

wtorek, 1 grudnia 2015

zapach wiatru

Od kiedy pamiętam wiatr zawsze działał na mnie kojąco. A właściwie spacer podczas takiego wiatru(nie zależnie czy silny czy słaby). Uwielbiam spacery w chłodne, wietrzne dni. W ciepłym swetrze czy polarze, z kapturem na głowie.
Zawsze podczas takich dni, takich spacerów samej potrafiłam się wewnętrznie wyciszyć. Niejednokrotnie dawało mi to poczucie poukładania wszelakich myśli.
To mimo wszystko przyjemna forma relaksu, za którą ostatnio zatęskniłam.
Podczas takiego spaceru niesamowicie mocny i intensywny jest zapach wiatru, czuliście go kiedyś? Oddycha się pełną piersią, a jego szum niezwykle wycisza, relaksuje...
Lubię taką melancholijną pogodę....

Brakuje mi tego czasem, w tym całodniowym nawale zajęć. Brakuje tego orzeźwiającego dla mojego umysłu powiewu. Tej lekkości...

Ostatnio bardzo przypadła mi do gustu piosenka Adele "hello". Jestem zaskoczona, bo nie przepadam za Jej głosem, za jej piosenkami. Zawsze kiedy słyszałam ja w radiu przełączałam stację. A teraz wręcz uwielbiam jej utwór. Czuję się zahipnotyzowana tym utworem. Czuję potrzebę odkrycia na nowo tej artystki. Chcę (jak nigdy) poznać jej nową płytę. I dziwi mnie, że coraz bardziej moje gusta idą w tamtą stronę.
 To chyba ta wiekowa dojrzałość po 30-tce daje o sobie znać;)
Coraz więcej rzeczy mnie zaskakuje, coraz bardziej odkrywam siebie. A może to nie odkrywanie siebie, a potrzeba chwili w danym momencie?


piątek, 27 listopada 2015

mamy "żłobiaczka"

Zawsze myślałam, że jak już pierwsze dziecko pójdzie do przedszkola, to z drugim będzie łatwiej przez to przejść. No niestety, ale tak łatwo nie jest chyba w żadnym wypadku. I nie kolejność ma tu znaczenie. Dziś Oluś był sam na zajęciach adaptacyjnych. Już sam z panią wchodził do grupy, bez mamy. I pożegnał się ładnie, zabrał w rączce pieluszki, uśmiechnął się najpiękniej jak umie do mamy i wszedł do sali...zero płaczu, zero stresu.
Matka rozczuliła się nieco, ale trzymała fason (do czasu wejścia do pracy, bo tam łezka poleciała;);)

Na zajęciach był aktywny, ciekawy, ale Olciu jak to Olciu długo nie usiedział w kółeczku (cały On:)). Kiedy Go odbierałam był bardzo zadowolony, mówił ciągle "dzieci" i pokazywał mi na swoją rączkę, że tam trzymał węgiel (bo w żłobku poznawali dziś kolor czarny i zawód górnika).
Ciągle się śmiał:)

Jak to szybko minęło. Jeszcze niedawno był tyciusieńki, a teraz.....:)



środa, 25 listopada 2015

mama w przedszkolu

Na ostatnim zebraniu Pani poinformowała, że rodzice mogą przychodzić i czytać dzieciom bajki. Tak chwilkę. Mąż, który mi to przekazała w następnym zdaniu zapytał mnie, kiedy moja kolej. Łapiąc "byka za rogi" umówiłam się już z panią 3 dni później.
Ustaliliśmy z Miłoszkiem, że weźmiemy książkę o przygodach Tappiego, zrobimy muffinki czekoladowe i mama poczyta Jemu i grupie dwa opowiadania.
I było tak:
Muffinki tak jak przewidywałam tym razem mi nie wyszły:( i to pierwszy raz, bo zawsze wychodzą. Więc już wieczorem wiedziałam, że będą mandarynki:) Przecież witaminki są najważniejsze;)
Stawiliśmy się z Olkiem w przedszkolu na umówioną godzinę i chwilę przed wejściem tak mi się ręce roztrzęsły, że ledwo Olkowi i sobie buty ściągnęłam!:)
No w sumie czego tu się bać? To tylko grup trzylatków, koledzy koleżanki syna, jak mam się pomylić to pewnie nie zauważą, będzie dobrze...

No i było!!!:) Co prawda jedno opowiadanie słuchali z takim spokojem, że nawet przez chwilę zastanawiałam się, czy napewno w przedszkolu jestem. Przy drugiej woleli mi już poopowiadać, gdzie maja ponaklejane misie, kto mył dziś zęby (niektórzy nawet demonstrowali:)) itp.

Mega fajne przeżycie, Miłosz zadowolony, ja spokojna- w końcu jak na debiut maki w przedszkolu ok:).
Dziś Miłosz zapytał mnie przy myciu zębów, czy jutro mogę przyjść i poczytać w przedszkolu znowu:):) Ucieszyłam się:)

Jutro natomiast idziemy z Olkiem n pierwsze zajęcia adaptacyjne do żłobka. Jestem bardzo ciekawa jak sobie poradzi.

wtorek, 24 listopada 2015

Piersi w górę!

Całkiem niedawno, bo raptem 1,5 miesiąca temu w radiu słuchałam ciekawej audycji odnośnie pielęgnacji piersi! Ponieważ nasze biusty to ważna sprawa, rzecz jasna. Podawano przepisy cudownych zabiegów domowych na ich ujędrnianie, podnoszenie, i dbanie:)

źródło: sieć
Oto kilka wskazówek, które najbardziej mi utkwiły w głowie, a których z racji czasu nie zapomniałam;):

  1. Pod prysznicem naprzemiennie opłukiwać je raz zimną raz ciepłą wodą. Ma to na celu ujędrnić nasze piersi, co za tym idzie nieco je podnieść:)
  2. Smarować jakimiś kremami przeznaczonymi do tej części naszego ciała.
Było jeszcze coś o pradawny kładzeniu jakiegoś zielska na piersi, ale nie pamiętam jakiego:(

Jednak najważniejsze moje drogie panie jest to, aby sumiennie i z ręką na sercu pamiętać o USG piersi lub mammografii. To chyba powinien być punkt pierwszy owej wyliczanki! Badanie, badanie i jeszcze raz badanie!!!! 
Ja się badam, co roku usg piersi robię, aby mieć pewność i świadomość, że wszystko jest ok. Gdyby nie było mogę wcześnie zareagować. Dlatego kobiety moje kochane badajcie się przede wszystkim, a do tego fundujmy naszym piersiom również inne zabiegi. 
 Nie zapominajmy o nich, bo to nasza duma:)
 
źródło: sieć

niedziela, 22 listopada 2015

A jednak!

Nie wydawało mi się to możliwe w perspektywie najbliższych lat, a tu jednak nie trzeba było długo czekać:) Niedzielne popołudnie, chłopcy jak nigdy obaj śpią, mąż pracuje w domu, a ja mam czas na książkę. Wczoraj padałam ze zmęczenia z powodu migreny- już dawno tak mnie nie złapało jak wczoraj. A dziś miałam całe 2,5 godziny dla siebie. W ciszy, przy zapachu imbirowo- cynamonowych świec, czytałam sobie opatulona w ciepły swetr dobrą książkę.
Już dawno nie miałam takiego czasu tylko dla siebie....
Genialne niedzielnie południe.

piątek, 20 listopada 2015

przekornie

Jakoś zawsze tak miałam, że nigdy nie podążałam za tym co modne, za tym co aktualne, za tym co większość. Tak mi zostało i bardzo lubię w sobie to coś:) Nie jestem jakimś wielkim indywidualista o wspaniałym guście, ale czuję, że w tym wszystkim, w całym moim życiu jestem sobą!
Kiedyś, będąc dużo młodsza próbowałam się dopasować, być "na czasie", ale nigdy wtedy nie czułam się z tym dobrze, nigdy nie miała poczucie, że to dobry kierunek.
Dziś znam siebie na tyle dobrze i na tyle staram się być pewną swoich wyborów i decyzji, że czuję w sobie wielką moc mając swoje własne myśli, poglądy. Czuję się spełniana i czuję, że moja nazwijmy ja "indywidualność" jest dobra przede wszystkim dla mnie, a co za tym idzie, sprawia, że czuję się dobrze sama ze sobą.
Kiedyś nie miałam takiego komfortu, nie miałam określonych jasno własnych cech, własnej wartości. Chciałam być po prostu jak wszyscy. Tylko, że nie umiem taka być i chyba nigdy nie będę.
I pomyśleć, że potrzebowałam aż tyle lat, żeby to sobie uzmysłowić?!:)
Rzeczywiście chyba będąc kobieta z 3-ka na przodzie, dojrzewam. Coś się zmienia. I nie chodzi mi tylko o zmarszczki i cellulit, ale o mentalność, poczucie własnej wartości. Zmieniają się priorytety, cele, marzenia i oczekiwania:)
No tak napewno jest w moim przypadku:)

źródło: sieć

czwartek, 19 listopada 2015

Wieża na pół gwizdka

Miałam w głowie zebranych tyle postów, a na blogu ani jeden nie zawitał. No życie jest! Czas mnie goni, jak wszystkich. Trzeba stawiać czoła codzienności i tak robię. Cały czas korzystam z tego, że jestem jeszcze z Olusiem w domu. Czytamy Frankliny, które sobie mój malec ostatnio upodobał i układamy puzzle. Ale nie byle jakie puzzle, tylko już poważne, te Miłoszkowe:) 
Od przyszłego tygodnia Olciu idzie na zajęcia adaptacyjne, bo od grudnia (taki jest puki co plan) będzie chodził do żłobka dwa razy w tygodniu, a ja do pracy. Obojgu nam się przyda: mi powrót trochę wyzwań zawodowych, a jemu kontakt z dziećmi. Patrzę na to wszystko spokojnie, choć ostatni tydzień to dla nas przedszkolne nowości, które przyprawiają o palpitacje serca. Ale sprawa się toczy, czekamy na rozwiązanie. Ufam, że winni odejdą, a niewinni zostaną. I tyle w tym temacie.
Tak więc czytamy. Ostatnio Miłosz po prosił, abyśmy cała czwórką w łóżku czytali przed spaniem:) I tak nam się udaje:) Pozwala sobie nawet Olkowi na głowę wejść, byle byśmy tylko wszyscy byli:) Cieszy się nie tylko On, ale i ja. Oboje tacy jesteśmy uczuciowi mocno;)
 Wczoraj przypomniałam sobie, że jakiś rok temu robiliśmy wieże z książek. Dziś robiłam ją po raz pierwszy z Olkiem. Jego debiut musiał iść piorunem, bo zanim zdążyłabym wszystko przynieść, to już bym te książki chyba po całej górze sprzątać musiała. Więc wieża jest! Z połowy asortymentu chłopców, ale lepsza taka niż żadna:)
Ja sama wróciłam znowu do książek i do ćwiczeń! Tak staram się organizować sobie czas w ciągu dnia, aby wszystko co ważne udało się zrobić. Powtarzam ważne, nie "wszystko, że wszystko", bo to niemożliwe w chwili obecnej. Dom, dzieci, ja, mąż, wychowanie, obowiązki...na luzie:) jest łatwiej:)

Wracając do książek obecnie czytam trzy. Dwie o wychowaniu i radzeniu sobie z dziećmi, a trzecią dla przyjemności. Jestem dopiero w 1/4, ale już ją uwielbiam:) Te dwie pierwsze czasem ponownie otwierają mi oczy. Potrzebuję czasem takich pomocy naukowych, bo lubię mieć jakiś punkt zaczepienia. Niestety wychowanie dzieci to bardzo trudna praca i lubię czasem wspomóc się jakąś "mądrą głową". Oczywiście nie wszystko działa u nas, bo chyba u nikogo nie działają wszystkie- no chyba, że się mylę. Ale staram się wychodzić naprzeciw oczekiwaniom moich dzieci. Zwłaszcza jesli chodzi o kwestę emocjonalną.

W sobotę byliśmy z mężem na 30-tych urodzinach naszego przyjaciela Irka. Och normalnie to nie urodziny były a prawie impreza weselna! Genialna! I ta niedzielna cisza, leniuchowanie w łóżku i świadomość, że nikt zaraz nie wparuje i nie będzie skakał po łóżku:) Niech żyją dziadkowie:)

piątek, 13 listopada 2015

wieczorną porą

to, że moje dzieci zaskakują mnie coraz bardziej, przestaje być już dla mnie nowością, a staje się czymś zupełnie oczywistym. Rosną, rozwijają się. Ich relacje braterskie również ulegają ciągłym zmianom. Z czystym sercem mogę stwierdzić obiektywnie, że na jeszcze lepsze. Nie powiem, że to aniołki, ale wiele się zmieniło między nimi. Namacalnie obserwuję jak z każdym dniem są dla siebie ogromną podporą i wsparciem, jak tworzy się między nimi nie tylko braterstwo nie raz okupione płaczem i siniakiem, ale przede wszystkim przyjaźń:)

Wczoraj wieczorem po raz pierwszy w ich dotychczasowej karierze miały miejsce takie sytuacje, jak: pierwsza propozycja Miłosza, aby razem spali i czytali bajkę na dobranoc ( w jednym łóżku):) Oczywiście na 90 cm szerokości łóżka trudno było pomieścić mamę, Olka, Miłosza, Pana Brokuła, Pana Marchewkę  i pozostałą rzeszę miśków, ale trzy zdania matka odczytała:)

Po drugie po raz pierwszy Miłosz sam zrobił wszystko samodzielnie: przebrał się z ubrań w piżamkę, wyniósł majtusie i skarpety do kosza z brudami, ułożył ubranko na krzesełku, wziął bajkę do łózka i czytał misiom, kiedy ja przebierałam Olka! No duma się przeze mnie pcha jak nic!:)

Olciu natomiast sam zasypia. Po dużej ilości bajek, opowiadanek i bajeczek zostaje już sam w pokoju i usypia! I znowu duma rozpiera matkę:)

To dla nas nowy etap, nowe przeżycia i nowa samodzielność obu moich małych Orzeszków:)

I jeszcze wczorajsze rozmowy między chłopcami:

Olek próbuje odkleić Miłoszowe naklejki ze ściany i lekko nagina łopatę (naklejkę)
-"Matko Boska częstochowska, Olku nie odklejaj mi tego, bo zepsujesz!".:)

A teraz skoro moja pociecha znowu zasnęła sama w minut chyba 3, to pedzę szykować ryż z jabłkami na obiad. Wczoraj sąsiadka obdarowała nas cała reklamówką swojskich jabłek:):):)


środa, 11 listopada 2015

siła łez

w sumie, to dziś wysiadłam. Od ponad tygodnia zmagam się znowu z migreną. Całe 24h/dobę. Masakra- najgorszemu wrogowi nie życzę. Kto miewa migreny i zmaga się z nimi wie o czym piszę. Ciągły ból i ta przeklęta otaczająca "aura", która przeszkadza w funkcjonowaniu równie mocno jak ból.
Dziś wysiadłam...wymęczona, zgnębiona, w domowym rumorze. Z tej bezsilności się tak popłakałam, że lało się z oczu chyba dobrych paręnaście minut. Ale pomogło- o dziwo.
Ja przeważnie jak mam za dużo na głowie albo sobie z czymś nie radzę, to płacz zawsze działał i działa na mnie oczyszczająco.
Po raz pierwszy przy tak silnych i długich bólach, stan dodatkowo emocjonalny (płacz) pomógł.
I dobrze, bo kolejnego dnia na takim bólu już bym chyba nie zniosła. A w domu przecież trzeba i posprzątać i ugotować i co najważniejsze zająć się dziećmi. Nie ma lipy i nie ma lekko, nikomu....
Ja czuję, że dziś wracam do życia i mam nadzieję na dłużej;)


niedziela, 8 listopada 2015

listy do Mikołaja- wysłane:)

Szybkim rzutem na taśmę, oświeciło mnie, że za miesiąc Mikołaj! Pamiętając zeszłoroczne podejście Miłosza do tej imprezy, zapytałam, czy piszemy list do Mikołaja, żeby wiedział co chcą dostać. W tym roku dla Miłosza Mikołaj jest cool:) Chyba już w pełni rozumie na czym polega to "święto";)
Nie tracąc więc zapału, Panowie zabrali się za malowanie prezentów, które ja skrupulatnie zapisywałam na ich karteczkach podczas rysowania:) Oczywiście auta, pociągi i wszelkie pojazdy jeżdżące dominują, ale zaskoczyło mnie kilka pozycji: jak gra w Tappiego (Miłosz Go uwielbia, a w grę grał chwilę na targach i o niej pamiętał:) czy domino, które ostatnio układał na angielskim:) 

 Olciu natomiast tylko namiętnie mówił o autach i monte;) co matka rzecz jasna zapisała. Jednak dużo większą frajdę miał nie tyle z rysowania, co z kreatywnego wymyślania "do czego służą kredki" lub w wyszukiwaniu nowych zastosowań. Oto efekt Jego ciężkiej pracy:)

W niedziele mistrzem zabaw i nieodłącznym ich elementem jest dla chłopców tata! Ja nie istnieję dla nich wtedy (no chyba, że trzeba dać jeść;) Tata jest ich całym światem i na krok Go nie odstępują:):) Biegają, jeżdżą, skaczą, grają. wycinają, malują, łobuzują, wygłupiają się. Mają swoje wyimaginowane warsztaty, naprawy i produkcje:)

I choć czasu nam na wszytko brakuje, a wiele rzeczy ciągnie się mozolnie, to dla nich czas jest. Nasze dzieci to dla nas cały świat, wszystko robimy głównie dla nich.
Dlatego nie przeszkadza mi to, że tyle trwa u nas wszystko. Choć czasem sił mi brak na wszystko. Cały ten tygodniowy maraton to męka, ale takie jest życie...
Dlatego cieszę się każdą chwilą, bo czas tak szybko ucieka.


czwartek, 5 listopada 2015

goście, goście

Mission complite!! Spakowałam i wystawiłam wszystkie ubranka chłopców, jakie mieli do rozmiaru 86:) Teraz pozostaje już tylko znaleźć chętnych na zakup. Powiem wam, że łezka się w oku zakręciła, kiedy popatrzyłam na te maleńkie śpioszki i kaftaniki...teraz niech służą innym:)

Wczoraj goście cudowni goście dopisali. I Ci mali i duzi:) Cieszę się (w sumie to jaram jak dziecko), bo chłopcy bawili się z gośćmi fenomenalnie:) Miłosz był przeszczęśliwy, że dzieci przyszły i że się bawił i że było super. Olciu jeszcze dziś przy sprzątaniu pytał o "dzidzi", które sobie tu u nas raczkowało. Dla niego to było coś nowego, taki mały człowiek:) Na samą myśl o tym jak obaj byli zachwyceni na ustach banan pojawiał się za każdym razem, kiedy patrzyłam na ten cudowny dziecięcy "artystyczny nieład", który ogarnialiśmy dopiero dziś.
 

                    
Przy okazji wizyty, zdałam sobie sprawę, że niejako jestem matką, która na silę (choć nie świadomie i nie specjalnie) chce pomoc bawić się dzieciom. Całe szczęście szybko się ogarnęłam i wróciłam do kawy z koleżankami:) I błogo było porozmawiać:) Potrzebowałam takiej zmiany klimatu domowego. To tłumaczy chyba dzisiejszy mój power do wszystkiego;) Choć może to ten drugi powód??? No nie ważne, ważne że oba przyjemne, a dzień udany!!!
Chciałam wybrać się na koncert Justyny Steczkowskiej w ICE, ale chyba nici z tego.

Natomiast byliśmy dziś obejrzeć żłobek do którego chyba poślemy Olka. Placówka bardzo pozytywnie odebrana. Cenowo też nie najgorzej, więc chyba decyzja to formalność, ale zawsze.

środa, 4 listopada 2015

jest!

nareszcie dotarła po tylu tygodniach wyczekiwania! Moja gazeciarka do sypialni:) Tym sposobem prawie zakończyliśmy meblowanie kolejnego pokoju!!!:) Jeszcze tylko lampy, kwiaty na parapet i gotowe:)
Ależ się cieszę:) Teraz pozostaje mi już tylko tak naciągnąć dobę, aby choć przez chwilkę nacieszyć oczy tym widokiem. Wczoraj udało mi się to:

I po 4-ch stronach padłam ze zmęczenia;)

Dziś mamy gości, tzn. chłopcy mają, wiec lecę ogarniać:dom, obiad, muffinki, puki Olciu śpi.
A to my w codziennej wersji spacerowej:) Kocham tą pogodę!!!:)




środa, 28 października 2015

Kałę raz, proszę

Dopóki jestem z Olciem w domu, mamy swój codzienny schemat dnia i trzymamy się go dość kurczowo. Kiedy Miłosz z Łukaszem wychodzą do przedszkola i pracy, jemy owsiankę a potem odkurzamy (toaletę poranną robimy z Miłoszem, bo On uważa, że Olek tez idzie do przedszkola, a nie zostaje z mama). Między odkurzaniem robię sobie kawę w filiżance, a Olciowi herbatkę z miodem i tak sobie powoli oboje sączymy. 
Wczoraj popołudniu, kiedy już we trojkę czytaliśmy bajkę powiedziałam tak w eter, że chyba mam musi sobie kawę zrobić bo zaśnie.  Olciu wstał jak poparzony i  przyniósł mi zieloną filiżankę nakrytą talerzykiem i podając mi mówi "kała":) 
Niemal natychmiast uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Wypiłam oczywiście kałe od syna i w podzięce obdarowałam buziakiem:) Zaskoczył mnie tym niesamowicie!!! Potem oczywiście do dobranocki serwował kawy wszystkim, łącznie z mężem, który wróciła z pracy:)

Tak więc wierzcie mi na słowo, ale mój syn najlepsza kawę w mieście parzy;)

Dziś natomiast zaskoczył mnie znowu, gdyż sam już układa puzzle piankowe i takie normalne na sztuk 4)! Wie, gdzie włożyć, bez pomocy:) Robi to z taka starannością i dokładnością. Cieszy mnie to, że mam możliwość patrzeć jak również moja młodsza latorośl rozwija się. 

Niebawem będziemy też pewnie szukać jakiegoś klubu malucha, żeby móc Go oddać tam na 2-3 dni w tygodniu, bo praca powoli czeka. Z jednej strony to dobrze, bo widzę jak bardzo jest spragniony zabawy z dziećmi, takich zajęć manualnych innych niż te w domu.
Ja też potrzebuję już powrotu do ludzi, choć dobrze mi w domu z dziećmi nie powiem:) 


poniedziałek, 26 października 2015

szybko będzie

Zeszły tydzień, to było totalne zamieszanie. Chwilowo wróciłam do pracy i przyznaję, że łączenie pracy z wychowaniem, a o domu już nie wspomnę,  jest mega trudne. W piątek byłam już tak padnięta, że zamiast zaplanowanego sprzątania dałam w łóżku z Olkiem podczas usypiania.

W sobotę ogarnialiśmy w końcu ogród, bo liście zaczęły nas już po woli zasypywać,a był to chyba ostatni dzwonek na dozbieranie orzechów. Łukasz malował garaż (ładniutki jest teraz;)), a ja z chłopcami korzystałam z uroków jesieni. 









W niedziele byliśmy na targach ksiązki. Zabralismy chłopców. I powiem wam, że po raz ostatni chyba jeszcze na jakiś czas. Za duży tłum jak dla nich. Na poczatku cieszyli się, bawili w przygotowanych atrakcjach, ale im dłużej bylismy tym bardziej dawali nam w kość. Szkoda było ich męzcyć (i siebie też) i wrócilismy do domu obkupieni jedynie w ksiązki chlopców:) Ja na jednej nodze kupiłam tylko 5 języków milości:)

Milego tygodnia

wtorek, 20 października 2015

KRÓLOWA JEST TYLKO JEDNA, a co;)?

Ostatnio podczas nominacji, do jednej z zabaw blogowych, miałam możliwość udzielić odpowiedzi takich szczerych, płynących z wewnątrz. Miałam czas zatrzymać się i zastanowić nad sobą, nad swoimi odczuciami, pragnieniami, marzeniami. Powoli zapominałam o tym co dla mnie ważne, o sobie, o swojej tożsamości.
Dobrze jest zrobić czasem taki re-search wewnętrzny:) Przypomnieć sobie siebie, a może po prostu odnaleźć siebie w sobie, oooo...:) tak chyba lepiej:)

Gdybym nie była sobą chciałabym być Królowa Brytyjską:)Pewnie większość z Was zastanawia się dlaczego?
A no dlatego, że od zawsze uważałam, że dobrze bym się tam odnalazła;) Że od zawsze uwielbiałam kobiety, które tam panowały, które były niejako symbolem niezależności, inteligencji i świetności czasów w których żyły. Maria Stuart, Królowa Wiktoria i Elżbieta II. Wszystkie trzy niesamowicie mocne charaktery, rozwojowe i inteligentne kobiety, które patrzyły szerzej niż wieża zamku w którym mieszkały. Moja ulubiona Wiktoria. Unowocześniła Brytanię, rządziła mądrze, nie ustępowała inteligencją żadnym władcom męskim. Kochała kulturę, inwestowała w ludzi.
Super, że żadna z nich sobie nie dała w przysłowiową kasze dmuchać;) No Maria za to głowę straciła, no ale to w wyniku słabości swojego męża.

Cenię takie kobiety ogromnie. Może dlatego zawsze chciałam być właśnie królową brytyjską, a nie inną. Bo one dyktowały warunki?;) A może dlatego, że wyspy to piękny kraj, w którym tworzył Szekspir, czy Jane Austin? Może dlatego właśnie tam ciągnie mnie najbardziej, bo to kraj Lizzy i Pana Darciego:) I lubię takie brytyjskie "sztywniactwo". Nie umiem tego logicznie wyjaśnić, ale mi się ono podoba.

Po za tym, zawsze chciałam założyć taką ogromną suknię!|( tak Ania ja też. i naprawdę tez bym chyba wtedy się poryczała ze szczęścia:)). Paradować w niej po pięknym kamienistym zamku: znaczy się przechadzać;). Lub po tych pięknych ogrodach...

No i być żoną króla:) tylko oczywiście JA byłabym głową kraju;) Król taka funkcja reprezentacyjna bardziej hi hi hi:)

W swoim domu jestem królową, mam cudownego króla, który rządzi ze mną na współę i dwóch małych królewiczów, którzy dzielnie trzymają się pod moimi rządami i nieźle dają mi popalić;)

Także: BOŻE, CHROŃ KRÓLOWĄ;)