Moja lista blogów

wtorek, 29 września 2015

domowy survival;)

Jeśli dzisiaj nie dostanę jakiegoś "kota" lub nie oszaleję to będzie sukces. Miłosz wstał z zapuchniętym okiem, zaledwie po jednym dniu w przedszkolu po chorobie:( Zobaczymy co powie dziś pediatra. Ale od rana przechodzi sam siebie. Ciągłe płacze, marudzenie, wymuszenie, piszczenie:( Wszystko jest na nie! Olek też dokłada swoje, więc znowu wpadam w maraton nad dziećmi. Nie daję się jeszcze, przecież jeszcze nie ma 10, a mąż wraca za 7 godzin. Nie zwariuję;) Chyba...

Od paru dni chodził za mną sok z buraczków. Wszystkie składniki były (buraki, imbir, jabłka), tylko czasu na jak to mówi Miłosz "sokowanie". Wczoraj zaparłam się w sobie i w tym całodniowym chaosie sok się zrobił. Kocham soki z buraków!!!! Z marchewki też:) W sumie, to uwielbiam soki świeże domowe wszystkie.

Natomiast mój brat wczoraj dał znać, że będzie miał córeczkę:) Więc mamy małą Bianeczkę:)!!! Tzn, będziemy mieli w rodzinie:) Miłosz się cieszy też, ale kiedy zapytałam czy chce mieć jeszcze braciszka albo siostrzyczkę, to z pełną powagą stwierdził, że Olek wystarczy :)

Leci właśnie przypadkiem włączone radio zet. Porażka....
Miłego dnia.

czwartek, 24 września 2015

chorowańce

Znowu jesteśmy chorzy. Tym razem rozłożyło nas troje. Trzyma się tylko mąż (puki co). Nie było innej opcji, jak powrót do naszego tercetu przymusowo, gdyż Milosz z racji antybiotyku do przedszkola nie chodzi. Pierwsze dni nie były łatwe, bo każdego z nas chorowitków choroba nie oszczędzała. Strasznie mi żal tych moich facecików, bo noski takie pozapychane i kaszel niczym warkot silnika, a pogoda taka ładna popołudniami, że we środę afera była w domu, bo na rowerek nie chcieli puścić rodzice. 
Tak więc z niewielkimi problemami snujemy się w tym naszym tercecie całkiem spokojnie i grzecznie.
Niesamowite, jak trzy tygodnie przedszkola zmieniły podejście chlopców do siebie wzajemnie. Powoli Miłosz szanuje coraz bardziej Olka, ich zabawy są mega długie i wspólne. Ciągle się przytulają i całują mimo choroby- to jest urocze.
Dziś Miłosz powiedział Olkowi podczas zabawy, że bardzo Go lubi i fajnie, że jest!!!!:) Co prawda godzinkę później twierdził, że nie chce brata, ale to chyba taki czas, bo mówi to z lekkim przekorem:)
My więc malujemy, wydzieramy, jeździmy autami, budujemy drogi, mosty, potwory i auta z klocków. Czytamy, tańczymy, śpiewamy i się wygłupiamy, kiedy Łukasz z pracy wraca:)






Nie mam pojęcia jaki będzie przyszły tydzień. Mam nadzieję, że wrócimy do zdrowi, bo mi chłopaków żal strasznie.

poniedziałek, 21 września 2015

...

Długo dojrzewała we mnie ta myśl- czy o tym pisać? Jeszcze dłużej i mocniej z każdym dniem wiem, że jest Ona słuszna. Nie brakuje mi argumentów i znaków, że to dobry tok myślowy. To przede wszystkim moje odczucie i moje zdanie i nie trzeba się z nim zgadzać. Każdy ma prawo do własnego i ja to szanuję.
Od dłuższego czasu na co dzień stykamy się chyba wszyscy z jawną propagandą i medialno- społeczną histerią wokół przyjęcia uchodźców. Wiele informacji, za i przeciw, wiele debat o niczym, opinii i strachu.
Ja też się bałam. Chyba nadal się boję, choć może nieco inaczej. Nie czuje już paraliżującego strachu, nie rozważam najczarniejszych scenariuszy, bo one tylko mącą jeszcze bardziej. Boję się bardziej o swoje dzieci, niż o siebie. Nie czuję wstrętu do tych ludzi, a współczucie i niezrozumienie dla tego ogromnego "europejskiego" odrzucenia  i potrzeby ucieczki z miejsca, które kochali, które było ich domem. Tam nie ma nic, nie mają już do czego wracać. Co mogą zrobić? Uciec, odejść, zrobić to co nakazuje instynkt samozachowawczy i zdrowy rozsądek.

Nie chcę dać się zwariować tym wszystkim pustym informacjom z telewizji. O jak ja się cieszę, że nadal nie kupiliśmy telewizora! To nie znaczy, że żyję w niewiedzy informacji co gdzie i jak. Ale nie czuje się sztucznie karmiona strachem, który w mediach sprzedaje się jak świeży chleb.
Wkurza mnie ta medialna propaganda, że wszyscy uchodźcy to od razu terroryści i isis. Że czeka nas zagłada itd. Przecież nie każdy Polak to pijak!, tak jak nie każdy syryjczyk to terrorysta.
I ja się zastanawiam dlaczego my Polacy czujemy się lepsi od tych ludzi? Bo my na razie nie uciekamy? Bo to my mamy okazać pomoc?

Więc jak jesteśmy tacy super, to wyjaśnijcie mi proszę:

Czym różni się dżihadysta, który leje swoja kobietę w imię allaha, od Polaka, który leje swoją żonę za wszystko w imię wódki?

Czym różni się dżihadysta, który gwałci małą dziewczynkę, bo allah pozwolił,  od pedofila, który robi to samo w naszym kraju  i dodatkowo jest jej najbliższą rodziną?

Czym różni się dżihadysta, który gnębi, niszczy innowierców od Polaka, który robi to samo z innowyznaniowcami w naszym kraju?

Takich przykładów jest wiele. Można wiele roztrząsać, tylko po co? Po co i dlaczego większości z tych ludzi przyklejono metkę terrorysty, skoro z tym nie mają nic wspólnego. Może warto zauważyć, że bardzo duża część tych ludzi to ofiary konfliktów i nieudolności politycznej zachodu. To tak samo ludzie jak i my! Dlaczego traktuje sie tych ludzi gorzej, jak przedmiot? Był taki jeden w Europie i też tak dzielił ludzi i dziś mamy po nim takie pamiątki jak Auschwitz.

Dlaczego straszy się nas tym, że muzłumanie zdominują Europę? Niskie urodzenia europejczyków to problem w dużej mierze kiepskiej polityki rodzinnej, ale i  naszej wygody!  To, że emerytka Polska ma 880 zł emerytury, a na uchodźców (w Europie, nie u nas- sprawdziłam) przeznacza się więcej, to nie wina tego tłumu, który szuka miejsca, tylko fatalnej polityki państwa.
Dobrze nam o tyle, że nasz socjal dla emigrantów zarobkowych, to nie jest miejsce docelowe, będą uciekać, odchodzić. To dla nas plus.

Czemu więc tyle jest w nas ksenofobii i lęku? Czy naprawdę w kraju i wśród ludzi wykształconych, nie ma miejsca dla współczucia i pomocy? Na wyspach nie witano nas z otwartymi ramionami, a jednak jesteśmy tam częścią innego kraju. Czy okazanie pomocy i nieupodlanie tych ludzi jest dla nas aż tak trudne?

piątek, 18 września 2015

wachanie

Dziś Miłosz zaskoczył nas bardzo. Sprawa dość poważna i nietuzinkowa. Nasze dziecko zapytało, czy moglibyśmy kupić świnkę morską? Oniemiałam chwilowo, ale zaraz zebrałam się w sobie i powiedziałam, że musimy to z tatusiem przedyskutować. Więc czeka na nasza decyzję i robi to bardzo cierpliwie puki co. Ja mam mieszane uczucia, mąż jak usłyszał o co chodzi już po minie wiem, że jest na nie. Ale obiecałam dziecku, że przedyskutujemy z mężem, więc rozważymy wszystkie za i przeciw i zobaczymy co będzie.

Popołudniu najwięcej frajdy chłopcom sprawia pole, więc nie siedzimy w domu, tylko korzystamy. Olek steruje taczkami (jeździ nimi po całej ulicy), a Miłosz rower. Dziś jednak ich plany nieco się zmieniły. Ponieważ nadal trwają u nas prace wykończeniowe, Oni tez postanowili pomóc!:) Tak grzecznie się razem bawili rurami, że aż przyjemnością było patrzeć. Potem domyć im  rąk z błota nie mogłam długo, ale dla tych dwóch godzin spokoju warto było:)
Nawet książki, to mogłam sobie dziś na schodach sama czytać:)








Miłego weekendu:)

kiedy brak weny w kuchni

Ostatnio miałam brak weny do gotowania w domu. Miałam wrażenie, że ciągle jadamy to samo. Trudno jest też zrobić w naszym domu coś wyszukanego i "innego" kiedy ma sie jeszcze dwójkę małych wybrednych dzieciaczków! Mąż mój też oczywiście do takowych się zalicza. A ja potrzebuję czegoś szybkiego lub prostego w zrobieniu oraz czegoś nowego, że nowego, bo lubię "nowe" w kuchni.

Mobilizacji w zmianach domowych zwyczajów dostałam, dopiero kiedy Milosz poszedł do przedszkola i poczytałam sobie Jego menu. Od razu powiedziałam mężowi, że zapisuje się do nich na obiady;) Podoba mi się to urozmaicenie!!! Zaczynałam od śniadań i kolacji. Podziałało:)
Ostatnio będąc na bazarku na zakupach, nakupiłam tyle cudownych sezonowych warzyw, że Olek miał wielką frajdę z wykładania tych kolorowości:) I wróciłam na chwilkę do miejsca, gdzie wszystko jest pyszne i nie zawsze drogie, a smaczne i ciekawe:) Już kiedys pisałam Wam o blogu: KWESTIA SMAKU To cudowne, bajeczne miejsce, gdzie Jego autorka pokazuje, jak smacznie i niedrogo przygotować bardzo ciekawe propozycje dań, deserów, wypieków!!!:)
Kocham to miejsce, a od kilku dni jestem jego zagorzałym domownikiem;)
Więc robię obiady i podwieczorki lub podwieczorko- kolację z przepisów tam zamieszczonych. Czasem modyfikuję, ale tylko produkty i przyprawy, reszty nie śmiem!!
 Jeśli szukacie ciekawych pomysłów do gotowania to polecam z czystym sercem!:)
To już robiłam:






Muffiny i ciasto jogurtowe, bułeczki cynamonowe było na podwieczorek, makaron na obiado- kolację, kurczak z ananasem i burgery (zamiast łososia dałam pierś z indyka) na obiad. Chłopaki bez mrógnięcia okiem pałaszowali jak leci!!! Wszystkie warzywa bez marudzenia idą jak woda!!!:)

Wszystkie zdjęcia pochodzą z bloga www.kwestia smaku.com i są zdjęciami Jego autora.
To naprawdę tak ładnie wygląda w domowej kuchni i podaniu:)

Polecam, może znajdziecie coś dla siebie.

czwartek, 17 września 2015

Zapach Irlandii

Jakieś osiem lat temu, byliśmy z mężem (wówczas jeszcze chłopakiem) w Irlandii w odwiedziny połączone z wakacjami u Jego rodzeństwa. Dziś, kiedy usypiałam Olusia w Jego pokoiku, przypomniała mi się ta wycieczka. Najżywszym wspomnieniem było jest nadal i pewnie juz pozostanie weekend w północnej Irlandii w jednej z nadmorskich miejscowości. To co pamiętam najbardziej to wygląd naszego pokoju. Ja byłam nim urzeczona! Kolor pięknego fioletu i bieli z dużą masą wzorów kwiatowych. Coś na styl Hiacynty Bukiet, piękne!!! :) Na necie znalazłam nieco podobne kolory i kwiaty, ale bardziej nowoczesne. Tamten pokój był bardziej retro.
I nie uwierzycie, ale po dziś dzień pamiętam śniadanie, które właścicielka B&B nam przyrządziła.. Palce lizać!!!To było moje pierwsze prawdziwe angielskie śniadanie, a wszystko podane w domowej przyjemnej atmosferze:)

Z tymi naszymi krótkimi wakacjami kojarzy mi się również ta piosenka.

Mój mąż ma manię wałkowania w kółko jakiegoś utworu, jeśli Mu się spodoba. Wtedy przez pełne 10 dni katował nas tą piosenką, ale dziś kiedy zdarzy mi się ją usłyszeć, to zawsze myśli kierunkują się na Irlandię i ten wyjazd:)

To niebywałe, jak czasem kilka detali sprawia, że coś na dłużej zostaje w naszych wspomnieniach:)

poniedziałek, 14 września 2015

pielgrzymka rodzin i dożynki

Niedziela była u nas niezwykle intensywna. Rano po śniadaniu zapakowaliśmy całą wycieczkę i ze szwagrami pojechaliśmy do Kalwarii Zebrzydowskiej na tzw. "pielgrzymkę rodzin do Kalwarii". My pojechaliśmy na mszę na 11:00, bo na drogę krzyżowa w terenie chłopcy jeszcze nie bardzo się nadają z racji swojego wieku i możliwości chodzenia. Masa rodzin z diecezji krakowskiej:) Budująca i poniekąd też motywująca liczba młodych małżeństw, par.
Potrzebowałam tego wyjazdu, tego klimatu bardzo.



Przy niedzieli najfajniejsze jest to, że co jakiś czas mama zaprasza nas na obiad, więc wygłodniali ruszyliśmy na Kraków.  Obiad jak zwykle przerósł nasze możliwości, a wszystko takie pyszne!!!:)

Popołudniu poszliśmy na dożynki organizowane w naszej dzielnicy.
W jednej z zabaw wygraliśmy z Olusiem książeczkę z legendami w języku polskim angielskim i niemieckim:) A wszystko dzięki mężowi;)
Zagadalam sie z sąsiadką, nagle mąż podchodzi i mówi:
-Moniu, tam dają książeczki dzieciom, weź Olusia (bo Miłosz aktualnie jeździł na karuzeli), to dostanie będzie pamiątka.
-wzięłam Olka, poszłam, Olciu dostał, wracamy i nagle słyszę w mikrofonie: "hallo!! A gdzie nam Pani ucieka? Kto dostaje książeczkę, to zostaje do zabawy!:)" I przy wszystkich sąsiadach! Do męża z ogniem w oczach się odwróciłam, bo nie chodzi o to, że tańczyliśmy arkę noego, bo to fajne było, tylko, że mnie tak wmanewrował, że na buraka wyszłam, co sobie książkę weźmie i idzie!!!
Było fajnie, zabawy dla dzieci, wodzirej, jazda konna i karuzela z wesołego miasteczka, a wszystko za darmo. Jedyny minus to obecność piwa sprzedawanego, mimo, że to po części święto rodzinne w dzielnicy miało być, no ale cóż...

Dzień był dla chłopców tak intensywny, że wieczorem obaj padli po kolacyjnej pizzy (kuchnia miała wolne;)). Wieczorem Milosza zapytał, kiedy znowu gdzieś jedziemy razem:)

piątek, 11 września 2015

jesienne inspiracje

Ponieważ wczoraj miała humor z rodzaju: "bez kija nie podchodź", a w myślach ciągle kłębi się niemoc, strach i mieszane odczucia, postanowiłam dla relaksu psychicznego napisać o tym, o czym bardzo rzadko piszę.
Tytuł posta też nie odzwierciedla do końca tego co dziś piszę, ale jakiś musiał być.
Chciałam się po prostu z wami podzielić moim lekkim uwielbieniem do Jessiki Alby albo raczej do Jej stylisty:) Uwielbiam stroje, które ta dziewczyna ma na sobie.
Uwielbiam jej styl, za tą swobodę i luz, a wszystko ze smakiem i wyważenie (przynajmniej wg mnie.). Korzystając z chwili nie musienia (tzn. musienia, ale nie dziś..) robić nic, chciałam się z Wami podzielić tymi stylizacjami, które nie dość, że mi się podobają, to chętnie widziałabym je na sobie;)





















Patrząc na tak dobrane ubrania, wydaje mi się, że naprawdę nie potrzeba ogromnych pieniędzy, aby wyglądać po prostu dobrze:)

wtorek, 8 września 2015

najlepiej wszystko na raz!

Spokojnie wieszam dziś pranie, myśląc. że Olciu się bawi w swoim pokoju. Cisza jak makiem zasiał. Po skończeniu poszłam do  jego pokoju, a tam pusto! U Miłoszka też. Jedyny otwarty pokój: sypialnia. Pierwsza myśl: o nie!  I co? Mój syn w skupieniu i pełnej dokładności wciera mój krem na noc w panele! Jakbym nie przeczuwała, że cisza w domu przy dziecku do duuuży znak, że coś się dzieje;)

Dzięki temu, że Miłoszek jest w przedszkolu, mam zdecydowanie więcej czasu dla Olusia. On dopiero teraz doświadcza, co to znaczy jest mieć mamę tylko dla siebie. Przez pierwsze dni naszego bycia w domu we dwójkę, oboje próbowaliśmy się odnaleźć w nowych realiach. Zdecydowanie spokojniejszych, bo opieka nad dwójką, to zupełnie inna bajka niż jednego. 
Teraz do południa (do drzemki, a potem jedziemy po Miłoszka) mamy głównie czas na zabawę i edukację.
Z dumą i zadowoleniem patrzę, jak ten malec pięknie się rozwija. Już nie tylko motorycznie i emocjonalnie, ale również umysłowo i manualnie.
Dziś po drugim śniadanku postawiliśmy na piankowe puzzle. 
Olciu radzi sobie bardzo dobrze przy wypełnianiu elementami obrazka. W przeciwieństwie ednak do Miłosza nie jest w stanie usiedzieć w miejscu i ułożyć spokojnie choć by jednego obrazka. Ciągle cos musi robić, zajrzeć do namiotu, czy poszperać w koszyku z książkami, a potem wraca i wkłada kolejny element. Uczę się więc ja tego jego rytmu zabawy.  Nigdy jeszcze nie robiłam tylu rzeczy w przeciągu kilku minut:)

Oczywiście naszej zabawie towarzyszy duuużo przytulania, bo Manolo to jest dopiero pieszczoch, ale ma to po mnie;) Obaj z reszta z Miłoszkiem mają to po mnie:)