Moja lista blogów

czwartek, 14 kwietnia 2016

problem rodzicielski

Od jakiegoś czasu dostaję konkretną informację od losu, że moje rodzicielstwo/ macierzyństwo płynie troszkę w nie tym kierunku co bym sama chciała. Że trudy i problemy z którymi stykają się powoli moje dzieci, to nie chwilowe ich zmiany nastoju. Coraz wyraźniej zauważam, że dopiero teraz im są starsi zaczynają nas bardzo potrzebować na 100%. Że teraz musimy być dla nich szczególnym oparciem, podporą i dobra radą w każdej chwili. Że teraz potrzeba jeszcze bardziej skupić się na Nich.
Choć zawsze tak było i jest. Jednak coraz częściej w rozmowie z synami, w sposobie zabawy zauważam, że troszkę im odpuściliśmy tej naszej uwagi- chyba....Ale teraz mam takie wewnętrzne poczucie, że przez codzienny pęd, pracę, domowe obowiązki i to, że przede wszystkim Oni są już bardziej samodzielni, gdzieś wcisnęliśmy sobie luz. Tzn.,nie przestaliśmy ich kochać i wychowywać- o nie!!, ale bardziej przemyka nam każdy dzień przez palce.  Bardziej wpadamy w taką rutynę dnia codziennego.

Oluś wchodzi nam dodatkowo w okres ukochanego buntu dwulatka. Dodatkowo Olek to niesamowicie silny charakter, który nie jest łatwo ujarzmić. Ma swoje zdanie i niesamowita pewność siebie. Oluś jak już pisałam kiedyś, potrzebuje naszej uwagi w edukacji, w formie zabaw interaktywnych. I od kiedy to zrozumiałam jestem w tym wolnym czasie (zanim pójdziemy po Miłoszka do przedszkola) tylko do Jego dyspozycji.

Miłosz jest natomiast bardzo sentymentalny, uczuciowy. Dziś podczas wspólnego czytania bajek, powiedział, że jest mu bardzo przykro, bo na placu zabaw nie ma się z kim bawić. I serce mi pękło...Niestety, to prawda, zauważyłam to ostatnio.  Placyk na który chodzimy, to placyk przy blokach. Dzieci znają się tam od zawsze (jak to w sąsiedztwie). My (a raczej chłopcy) z racji bycia tam "gośćmi" są zdani głównie na siebie. Widzę jak moje dziecko patrzy na te brykające dzieci i tą chęć dołączenia, ale niestety przeważnie albo to nie jego grupa wiekowa albo nie ta zabawa.
I długo nad tym myślałam (w sumie dalej myślę). I im więcej tak myślę, tym więcej rozumiem.
A im więcej rozumiem, tym bardziej staje się dla mnie jasne, że prawdziwe macierzyństwo nie ma nic wspólnego z samorealizacją 100% i wolnym czasem matki i ojca. Tu nie ma odpoczynku, a złudny "czas dla siebie" to luksus, na który rodzic nie może sobie pozwolić. Że rodzicielstwo to jest naprawdę harówka, bez prawa do urlopu i zasiłku. Bez żadnego prawa, oprócz tego jednego: że trzeba być zawsze dla dziecka i otoczyć je wsparciem i miłością.
To oczywiście nie znaczy, że rzucę pracę i zaniedbam dom i siebie, ale trzeba przegrupować bardzo ostro moje własne "ja". To proste jeśli ma się cel i zna się drogę, którą trzeba pójść.

Dziś byliśmy również w NCK-u na wydziale turystyki dla dzieci, gdzie dziś chłopcy odkrywali Australię. Było genialnie, dzieci szczęśliwe, ale o tym może następnym razem....



2 komentarze:

  1. Jak ja ciebie rozumiem... Zmieniam teraz pracę i będę musiała dojeżdżać 27km w jedną stronę do tego godziny pracy takie że w domu na 18:00 tak więc mało mi czasu zostanie dla chłopaków. Już się o to wszystko martwię ale na ten moment nie mam innego wyjścia. W mojej okolicy o pracę jest bardzo ciężko więc nie mogę z tej zrezygnować - bynajmniej na razie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Te małe problemy dzieci to dla nas rodziców naprawdę duże wyzwania. Ważne, że nam ufają i z nimi do nas przychodzą.

    OdpowiedzUsuń

Fajnie, że zechciałaś/ -eś się wypowiedzieć, dziękuję:)