Moja lista blogów

środa, 30 marca 2016

powrót do domu- po świętach

W domu najlepiej, to fakt. Po długich trzydniowych świętach Wielkanocnych wróciliśmy do domu. Wypoczęci (o dziwo), nie przejedzeni i zrelaksowani.
Oczywiście nie było tak sielankowo, bo początek, czyli wielka sobota to porażka jakaś była. Świąteczne nieporozumienie: inaczej sobie to wyobrażałam. Pogoda i kłótnia z mężem, sprawiły, że do czasów święconki chciałam w duszy, aby ten dzień już się skończył. Na szczęście diabeł zwiał, jak tylko poczuł wodę święconą, więc reszta dnia byłaby wspaniała gdyby nie migrena. Cholera jedna przeszła dopiero na następny dzień w południe. Ale nie ma co narzekać, dobrze, że minęła w ogóle, bo przecież mogła trwać do dziś.
 Tak więc święconka w tym roku w kościele parafialnym była (niestety nie pod Maryjką). Pierwszego dnia poszliśmy do mamy na śniadanie wielkanocne, na którym zameldował się pełny skład, czyli moi bracia z rodzinami i mój tata. Po miłym posiłkowaniu i długich przyjemnych rozmowach pojechaliśmy do Radomia do teściów na obiad. Tam też zameldowali się prawie wszyscy. Więc już przy skromniejszym obiedzie (bo zaraz mieliśmy jechać jeszcze na roczek chrześniaka męża) świętowaliśmy 5-te urodziny mojej chrześnicy i 62-ie urodziny teścia. Tak te święta były istnie urodzinowe:)
Po zmianie czasu i migrenie noc wcześniej byłam pewna, że w poniedziałek oka nie otworzę. Na szczęście  mąż zajął się Miłoszem, którego zmiana czasu nie wiele obchodziła, a ja wyspałam się za ostatnie czasy:):) I tego nawet nie tyle, że nie planowałam, ale się nie spodziewałam...
Poniedziałek wielkanocny mimo, że w gronie rodzinnym, ale bez celebracji tą chwilą..a szkoda...
Do domu wróciliśmy dopiero we wtorek, bo chcieliśmy troszkę na luzie spędzić te święta. Bez zbędnej gonitwy itp.

Chłopcy padli do spania zaraz po myciu, więc miałam sporo czasu na ogarniecie naszych bagaży, prania i zaległego prasowania;)
Oczywiście zdjęć z koszyczkami brak (no bo jakżeby inaczej), może za rok...

tajemnice damskiej torebki

Od kiedy pamiętam w mojej torebce zawsze panował idealny porządek. Zawsze wszystko miałam posegregowane, kosmetyki podręczne zawsze w osobnej malej kosmetyczce. Nawet klucze umiejscowione były w osobnej kieszonce- zawsze tej samej. Nigdy nie nosiłam w niej papierów, luzem paragonów czy korespondencji. 

Od kiedy jednak jestem mamą moje potrzeby, a właściwie potrzeby mojej rodziny się zmieniły. Zmieniło się też wnętrze mojej torebki. Wszystko jest w niej luzem, a znalezienie czegokolwiek grozi porządnym przetrzepaniem torebki, bardzo często ostatnio wysypaniem całej zawartości, po to aby zaraz szybkim ruchem (bo nie ma czasu) wrzucić tam wszystko z powrotem! 

Ten stan rzeczy musiał się kiedyś skończyć. Dumnie ogłaszam, że wszystko (puki co) wróciło na miejsce!:) Stosy paragonów, zasmarkanych chusteczek i rysunków, papierków listków poszło w kosz! Wszystkie szminki, balsamy do ust, szczotki i inne bibelotki znalazły miejsce w kosmetyczce. Rękawiczki (każda z innej pary) wróciły już do garderoby do brakujących połówek, dokumenty do portfela, a książka, kalendarz i pieluszki na miejsce w uporządkowanej torebce:)
Teraz noszę przynajmniej 5 kg mniej na ramieniu;) A ponieważ zbliża się wiosna, czekam już na te wszystkie autka, patyczki i kwiatuszki, które pewnie za chwilę tam zamieszkają na nowo ;)



piątek, 25 marca 2016

mole książkowe +życzenia świąteczne

Od kiedy pamiętam książki w naszym domu zawsze były podstawą w ukazywaniu świata naszym synom. Kto jest z nami długo wie, że i matka sama miłością ogromna pawa:) 
Teraz jednak z biegiem czasu i rozwojem chłopców, widzę jak wspaniałą sprawą dla ich kreatywności i rozwoju były i są książki. 
Sami jeszcze ich nie czytają z racji wieku, ale bardzo ich do tego ciągnie! Bardzo często zdarza się (zwłaszcza w zachowaniu Miłosza), że siadają i sami sobie "czytają" książki. Otwierają i opowiadają. 
Niesamowicie dzięki temu mają rozbudowaną wyobraźnię:) Czasem tak bardzo zaskoczeni jesteśmy z mężem tym, w jaki sposób rozbudowana jest ich wyobraźnia, choć mimo to wiemy, że to normalne u dzieci, które "żyją" książką. Oluś bierze zawsze przykład z Milosza. Skoro Miłosz czyta, to On też:)!!! Mogłabym tak na nich patrzeć i słuchać tych bajek godzinami:) 
I to nie są już nasze małe dzieciaczki. To dorośli mali faceci. Widzimy to dopiero teraz, kiedy w naszej rodzinie jest mała Bianka. Wcześniej (może przez przyzwyczajenie) zawsze byli najmniejsi, malutcy. Teraz w porównaniu do tej małej królewny to już są mężczyźni;)
Mają coraz silniejsze swoje zdanie, przekonania, gusta, choćby w doborze ubioru. No Olek ma ten wybór czasem narzucony przez fakt, że nosi ubrania po Miłoszu, ale jemu to jeszcze wszystko jedno jak widzę. Miłosz natomiast ma już pełną świadomość tego jak chce być ubrany każdego dnia. Sam wybiera ubrania w sklepie (ja tylko rekomenduję rozmiar;)).
Tak samo chętni są do pomocy w odkurzaniu i przy zmywarce. Niestety sprzątanie pokoju po EUFORII zabawy nadal jest kością niezgody między rodzicami a nimi, ale nie we wszystkim muszą być idealni.


Ja natomiast z chwili wolnego i braku klientów w pracy zaczynam świąteczne porządki swojej torebki!!! Gdybyście wiedziały ile ona waży i co w niej jest- ja sama do końca nie wiem:)

W tym szczególnym czasie Świętego Triduum Paschalnego pragnę Wam wszystkim złożyć życzenia miłości i spokoju. Rodzinnej atmosfery i obfitości łaski Zmartwychwstania.

PS. Pamiętajcie proszę o umiarze w przygotowaniu i jedzeniu, oby jak najmniej jedzenia trafiło na śmietnik.

czwartek, 24 marca 2016

zapach jaśminu

Dzisiejszy poranek przywitał mnie pięknym słońcem. Jest nadal tak optymistycznie, ponieważ jest godzina 8:31, a słonko i tak świeci:) Po biurze unosi się piękny i słodki zapach jaśminu (to zasługa mojej nowej mgiełki;)). Moja kawa jest już bardzo zimna, ale nie zmienia to faktu, że jestem pozytywnie nastawiona do dzisiejszego dnia. 
To słońce mimo mrozu nastawia mnie tak pozytywnie do świata dziś:)

Moi chłopcy, którzy przewracają do góry nogami nie tylko nasz dom, ale i każdy dzień. Dziś obaj zapragnęli iść w strojach "odświętnych" do żłobka i do przedszkola. Więc wystrojeni jak do cioci na imieniny poczłapali z mężem do swoich placówek:) 
Miłoszek odwiedził mnie dzisiaj w pracy, po odprowadzeniu Olusia:) On uwielbia tu przychodzić, bo tu w mojej pracy zawsze jest co robić. Dziś z wielką satysfakcją pomagał nosić skrzynki klientowi. Jego uśmiech i szczęście tamtej chwili, biły większymi promieniami niż słonko za oknem:) 

A ja mam ochotę na truskawki:):) :):):)

Powoli przygotowujemy się do świąt. Nadal nie planuję nic na 100%, bo wiadomo jak to z dziećmi bywa i z planami. W tym roku jest inaczej. Ja nie robię nic na wariata. Wszystko samo się układa, dogrywa. I wiem, że jest tak tylko dlatego, że  w tym roku święta będą dobre, bo rozpoczynam święte Triduum Paschalne od najważniejszej sprawy: już jestem dawno po spowiedzi. Czuję, że to zmieniło wszystko. Nareszcie znalazłam złote lekarstwo na zabieganie przed świąteczne:)

Kilka dni temu moja mama robiąc porządki w szafach, znalazła moją starą książeczkę z  
harcerstwa!!! Jejku, jak ja się ucieszyłam. Rok 1994 oł jeee:) Wróciły miłe wspomnienia. Chowam ja do moich skarbów, a kiedyś pokażę dzieciom:)

I kupiłam wczoraj przypadkiem sukienkę na przecenie w reserved. Ceglastą, z bez rękawów, z niedużym półgolfem. Całe życie uważałam, że takie to nie moja bajka. A jak ubrałam, to wiedziałam, ze się polubimy;)  Teraz tylko na piękne ciepło czekam, bo słonko już mam:):):)

Zastanawiam się tylko, jak ja przeżyję dzisiejsze zakupy z mężem?? Bo tylko On nie ma nic na święta jeszcze;)

poniedziałek, 21 marca 2016

przedświąteczne warsztaty rodzinne

Po weekendzie jak zwykle pięknie i pozytywnie, człowiek nastawiony do całego tygodnia. Nie
wiem tylko dlaczego tak kiepsko wyspany.  W sumie Miłosz w niedzielę jak nigdy, bo to obok męża największy śpioch w domu, ale obudził się już o 6:30 i za chiny ludowe nie chciał iść jeszcze spać -mimo, że dostał cieplutkie miejsce w naszym łóżku.
Jednak jeden plus z tego, że obaj pięknie już spali o 20:)

Zeszły tydzień (jak każdy z resztą) był bardzo plastyczny:) W żłobku Olka odbywały się przedświąteczne warsztaty dla rodziców z dziećmi. Oczywiście i nas tam nie zabrakło. Straszne fajnie i przyjemnie było. Zdobiliśmy styropianowe jajka- pisanki. Więc razem z Olkiem i Miłoszem mieliśmy piękną zabawę:) W życiu nie myślałam, że można zdobić jajka kasza kuskus?!:)
Było również rozszczygnięcie konkursu na ozdobę świąteczną. Chłopcy w domu zrobili koszyk z pisankami. Dostaliśmy za to wyróżnienie oraz dyplom i nasionka dyni do posadzenia w maleńkiej szklarni:):)
Dumna z nich jestem, bo wszystko (no oprócz koszyka) wykonali sami:)

I w ogóle uwielbiam i żłobek Olka i przedszkole Miłosza. Genialne placówki i wspaniali nauczyciele:)

 





Powoli przygotowujemy się też do świąt. W tym roku wielka sobota i święconka ze swoimi koszyczkami, przy Maryjce. Jak dwa lata temu. Właśnie skończyłam też omawiać z mamą co mam przygotować na śniadanie wielkanocne. Aż jestem zaskoczona, że prosiła o zrobienie czegoś bardziej nowatorskiego;) Kwestia smaku przyszła nam z inspiracją i pomysłem- a jakżeby inaczej:)

I oby tylko chłopcy zdrowotnie dopisali i wytrzymali do świąt:)

sobota, 19 marca 2016

Parter naszego domu

źródło: internet
Gdyby ktoś kiedyś mi powiedział, że w podobnym stylu będę chciała, aby wyglądał dół naszego domu (salon z jadalnią), to nie uwierzyłabym chyba w to co mówi. A jednak! Podoba mi się niesamowicie dobór kolorów, ta świeżość. Powoli, no raczej bardzo powoli kończymy urządzanie naszego domu. Jak skończymy, to wtedy trzeba będzie zrobić malowanie kolejne i urządzić pokój Miłosza kiedy będzie szedł do pierwszej klasy w mebelki z biurkiem, ale spokojnie! Zostało jeszcze 3 lata;)

Na razie powolutku kompletujemy potrzebne i mniej potrzebne (wg mojego męża) przedmioty i meble;). Sprawia mi to ogromna przyjemność. Nie myślałam, ze to będzie aż tak fajne, choć nie ukrywam, że chciałabym już to w końcu skończyć!

Na razie zdecydowaliśmy się na wytapetowanie ścian na których są garderoby. I o dziwo po prostu wybraliśmy ta samą tapetę (białe cegiełki). I nie wiem, czy to już na tyle znamy swoje zdania, że od razu wybieramy najbardziej neutralne, czy po prostu w końcu widzimy ten dom oboje w podobnym stylu. Chyba zakup wypoczynku nas nawrócił;)

Tak więc teraz zamierzamy kupić dywan do salonu i rozpocząć wielkie oszczędzanie na projekt: "kostka brukowa i taras" przed domem.
Projekt cholernie drogi, ale już mnie nie ciśnie, już poczekam grzecznie na zakończenie. Nie chodzi przecież o to aby się zajechać. Powoli, może dłużej, ale przynajmniej zdrowiej;)

I nie wiem co nauczyło mnie większej cierpliwości: dzieci, czy wykańczanie domu?:)Ale oba te zajęcia sprawiają mi przyjemność.

czwartek, 17 marca 2016

tydzień+edit

Po długiej kilkudniowej migrenie wracam powoli do normalności.  Musiałam przez nią zmienić kilka dość istotnych planów, ale już dawno przywykłam do tego, że nie zawsze nasze plany się realizują.
A ponieważ funkcjonować z migreną muszę, starałam się, aby nasze codzienne zwykłe życie toczyło się normalnie (choć to z bólem cholernie trudne).
Tak więc moje cudowne Latorośle dzielnie się wspierają i kochają i z taka samą miłością kłócą i czasem biją, ale to już chyba podstawa egzystencji każdego rodzeństwa. Uwielbiam patrzeć, kiedy Ci moi dwaj malce wspólnie maszerują na angielski. Kiedy ich zabawy we dwoje to niezła frajda dla obu. Kiedy obaj kreatywnie brykają. Uwielbiam, kiedy Milosz okazuje się prawdziwym starszym bratem i bierze się za czytanie bajek Olkowi (choć dopiero uczy sie literek). Jednak jego wyobraźnia jest tak kreatywna, że az miło słuchać tych historyjek które "czyta" bratu:) Dużo sam z siebie stara się tłumaczyć Olusiowi, kiedy podczas zabawy coś młodszy nie trybi. Nie ingeruję w to. Pozwalam im na wspólne wspieranie się. Na tworzenie tej więzi braterskiej, która jest między nimi:)

Na ostatnim obiedzie u mamy zauważyłam, że to już nie są moje małe chłopczyki. Coraz bardziej to do nas z mężem dociera. Coraz bardziej zauważamy, że żłobek i przedszkole ma nie tylko pozytywny społeczny i edukacyjny wpływ na chłopców, ale też są bardziej (jakby to nazwać) doroślejsi? Chyba tak....
Przyjemny jest ten okres, gdzie nie trzeba nosić tych wszystkich pieluch, wózków, balastu. Teraz najwyżej bierzemy rowerki lub hulajnogi. Wyjście nawet do miejsc publicznych (kawiarnie, restauracje, dom kultury) to normalność, raczej spokój (choć Olek jeszcze pracuje nad byciem grzecznym, a raczej ucywilizowanym;)). Tak bardzo kocham moich chłopaków- całą trójkę. Nie wyobrażam sobie jak pusty byłby mój świat bez tych dwóch małych i jednego dużego.

Ostatnio Oluś wchodząc do nas do sypialni i znaleziwszy 2 zł u męża na nakastliku, popatrzył na orzełka i mówi z wielką radością:" oooo dzięcioł!!!". Cudowny jest:):)

Miłosz za to stał się bardziej ruchliwy. Mąż ćwiczy z nim parę razy w tygodniu gimnastykę w domu. Poza tym ciągle grają w piłkę. Jak nie ręczna, to nożną. We trzech tworzą drużynę polski. mają swojego wyimaginowanego trenera. Każdy z nich jest jednym z reprezentantów w ręczną. I tak: Miłosz to Szyba, Olek to Daszek, a mąż to Jurecki:) Ja w zależności od potrzeby lub wykonywanej pracy jestem albo lekarzem i leczę kontuzję albo kucharzem reprezentacji albo po prostu podającym piłki;)

Byliśmy też ostatnio w NCK-u na zajęciach uniwersytetu dla dzieci. Chłopcy na wydziale turystyki raz w miesiącu odkrywają dalekie kraje. w tym miesiącu było Maroko! Fajne sprawa nie tylko dla dzieci, ale my same z koleżanką dowiedziałyśmy wielu ciekawych rzeczy.

Wczoraj byliśmy po przedszkolu jak to mówi Milosz" w kawiarence". Odkryliśmy małą, nową przez przypadek na placu centralnym w Nowej Hucie. "Poland's cake &shake" to przepyszna kawa i ciastka w bardzo przystępnych cenach. Jest też maleńki kącik dla dzieci. Miejsce nie jest duże, ale można wpaść i zabrać pyszną latte na wynos z ciastem np. szpinakowym:)

Nasze ulubione to "Filmowa cafe" też w hucie, na piętrze starego kina świt.
Polecam obie, jeśli ktoś jest z huty. Trzeba wspierać takie nowe pozytywne miejsca w naszej dzielicy. Oby powstawało więcej:)



A teraz jestem w pracy, a radio wybrzmiewa optymistyczna piosenka, praca wre, słońce za oknem, choc jest potwornie zimno...jest pieknie:)

ps. To znalazłam w chwili przerwy na fb:)

No i jak tu się z tym nie zgodzić!:)


wtorek, 15 marca 2016

oł jeee:)

Mimo dupianej pogody i migreny piąty dzień z kolei, czuję wewnętrzna radość. Od niedzieli przypadkiem (a może nie przypadkiem?:)) jesteśmy na rekolekcjach. Tzn, takich dochodzonych w Mogile. Generalnie nie lubimy tam chodzić, bo polityczność niektórych mszy jest żenująca, ale to chyba był znak z góry, że mamy tam być w tym dniu. Od niedzieli są w mogile rekolekcje i powiem wam, że prowadzący ksiądz zahipnotyzował nas swoim przesłaniem, tym co mówi. Mój mąż śmieje się, że wszystko co in mówi, to jest bezpośrednio do niego, a wierzcie mi, że mój mąż w niektórych sprawach mija się bardzo z Chrystusem.
Normalnie jesteśmy mega naładowani tymi homiliami!!!!

A dziś mam plan iść do spowiedzi i powiem Wam, że normalnie na sama myśl o tym czuję wielka radość w środku. Chyba od konfesjonału będę krokiem tanecznym szła:)

Więc gdyby ktoś z was mieszkał w krk i chciał posłuchać czegoś mądrego, to zapraszam jeszcze dziś i jutro do mogiły, bo jest naprawdę mega super ten rekolekcjonista:)
Aaaa są tez dostępne te rekolekcje na stronie parafii mogiła i na fb:)

sobota, 12 marca 2016

Marcowe czytadło

Moje nowe nabytki czytelnicze. Ten zestaw to prawdziwa t9 różnorodność.
Na pierwszy ogień idzie"upalne lato...". Czytałam pierwszą część tej sagi i strasznie jestem ciekawa dalszych losów. Pierwsza część napisana fenomenalnie, polecam.

Na Szwaje polowalam już jakiś czas, ale teraz się zdecydowałam. Myślę, że te akurat w kwietniu zabiorę do szpitala.

"Miasto 44" to książka oparta na scenariuszu filmowym. Przecztalam wtryskowych jej fragment i czuje, że jest ona idealnym dopełnieniem filmu. Oczywiście film widziałam i wywarł na mnie ogromne wrażenie. Po za tym, tematyka samego powstania Warszawskiego jest dla mnie czymś nowym, mimo że uwielbiam historię, to jednak lata IIwojny światowej nigdy nie należały do moich ulubionych. Teraz chyba już doroslam, aby się z tym zmierzyć. Może też właśnie stąd zaczynam od schyłku wojny?

Z każdą z tych pozycji zapowiada się interesująco.

piątek, 11 marca 2016

okna

Nareszcie skończone, wszystkie okna machnięte czekają na wiosnę:) I w powietrzu czuć już jej nadchodzący oddech i ptaki ciągle o tym dziś ćwierkają!:) Jakaż to niezwykła melodia dla uszu...full relaks. No nie licząc ociężałych łydek od tego machania góra- dół. Ale za to mniej kremy antycellulitowego pójdzie dziś wieczorem;)

Od kilku dni z chłopcami po przedszkolu i żłobku chodzimy na placyk zabaw. On się wybiegają na powietrzu (nie koniecznie świeżym), a ja chwilę pooddycham spokojem. Choć oczy nadal wokół głowy chodzą, bo nie wiadomo co moje Skarby znów wymyślą;)

Wczoraj na kolację zrobiłam muszle z warzywami z niezawodnej kwestii smaku. Przepis tu KLIK.
Skoro moi panowie mieli swoje święto wczoraj, to niech się matka pokaże kulinarnie. Miłosz zapowiedział, że sam zje wszystkie muszelki. Olek oczywiście to samo co brat. I co? Skończyło się standardowo na kanapce z papryką i serem kozim:) Choć Olek po kanapce jedną zjadł.
Tak więc ucztowaliśmy z mężem sami te pyszności:)

Dziś popołudniu zabieram chłopców z przyjaciółką i jej synkiem do NCK, na  zajęcia na wydziale turystycznym. Dziś chłopcy poznają w smaku, zabawie, kulturze i obyczajach Maroko. Ciekawa jestem, czy się im spodoba:)

Życzę wszystkim rodzinnego weekendu:)



czwartek, 10 marca 2016

gang osiedlowych mam vol.2

Kiedy 4 lata temu na chwilkę wprowadzaliśmy się do mojego brata do mieszkania, na "trzy tygodnie", które zamieniły się w 5 miesięcy, kiedy nasz dom kończył sie budować. Nie wiedziałam i nie myślałam nawet o tym, że przez tak krótki czas dane mi będzie spotkać cudowne kobiety, z którymi mam przyjemność spotykać się i znać się już cztery lata:)

Jest nas 6. Każda inna i wyjątkowa zarazem. Każda z nas z innymi doświadczeniami, podejściem życiowym, na innym etapie egzystencji i bycia matka, żoną i kobietą. Każda z innym podejściem do świata i temperamentem.
A jednak tak pięknie poskładało nam się to w całość i od jakiegoś czasu dzięki Bogu udaje nam się wspólnie spotkać na kawie, winku, herbacie (oczywiście kiedy dzieci już śpią).
Te nasze spotkania to chyba dobre motory napędowe do niezwariowania w codzienności. Mam wrażenie, że dzięki naszej "różnorodności", każda czerpie dla siebie coś potrzebnego:)

Nigdy nie przypuszczałam, że może nawiązać się taka więź między kobietami, które się nie znały wcześniej. Które mógł połączyć plac zabaw ;)

Dla mnie samej moje "osiedlowe matki" to niesamowite wsparcie, inspiracja, relaks. Nie ma chyba już tematu którego nie przerabiałyśmy i problemów, o których mało wiemy.
Dlatego Bogu dziękuję za to babki moje, że postawił Was wszystkie na mojej drodze!! Że dane mi jest być częścią małej wspólnoty, którą tworzymy.

Pięknie jest móc mieć w gronie znajomych takie Perełki jak Wy:)


wtorek, 8 marca 2016

Po poludnie

Lubię takie popołudnia:dzieci buszuja w na placu zabaw, powietrze jest rzeskie, a temperatura powietrza ciepła. Dzisiejszy dzień w swojej normalności jest fantastyczny. Jadąc po Miłosza do przedszkola w radiu leci George Michael i jego carlesswesper, słońce wpuszcza do auta ciepłe promyki.
Przez te chłody i zimę napawam się zapachem wiosny, radością dzieci i ludzi dookoła.
Brakowało mi tej ciszy i zapachu.

być kobietą



Podoba mi się nowe podejście do wszystkiego. W sumie nie jest nowe, tylko to ja w końcu przyzwyczaiłam się do trybu dnia, który mam od czasu powrotu do pracy. I cholernie mi z tym poukładanym życiem powoli;)

Dziś praca wre, rano dostałam piękne białe tulipany od moich chłopców z okazji dnia kobiet. 
Jeden z moich znajomych na fb umieścił takie życzenia:

Weekend niesamowicie ciężki wychowawczo. Znowu nas dzieci testują- masakra. Pomógł dopiero spacer. Był szybki wypad nad zalew nowohucki. Była zabawa i wymrożone nosy;)
Były rodzinne puzzle, figle i książki. W przerwach oczywiście testowanie rodziców i ich cierpliwości;)

Chłopcy zrobili sami pisanki na konkurs do Olkowego żłobka:) Taki nieco poszarpany był nasz weekend.








sobota, 5 marca 2016

Wiedza potrzebna w poszukiwaniu swojego stylu

Ostatnio wpadła mi w ręce książka Kasi Tusk, którą bardzo chciałam przeczytać. Z góry zaznaczam, że nie jestem i nigdy nie byłam guru modowym i nigdy nie chciałam i nie podążałam za trendami.
Od czasu, kiedy zakończyłam swoją przygodę ciążowo- macierzyńską, sama poczułam potrzebę zmiany, bo to co miałam z niczym nie grało i nic nie mówiło o mnie. A ja czułam się w tym wszystkim nijak.
Czytając książkę zauważyłam, że od czasu, kiedy mam większą świadomość siebie, można powiedzieć większą akceptację siebie, nieświadomie rozpoczęłam ten pierwszy etap, który Kasia opisuje w książce. Mam go już za sobą jakieś 9,10 miesięcy.  Zgadzam się z Nią w każdym calu. Ten krok, to chyba największy i najważniejszy etap w poszukiwaniu siebie i swojego stylu.

Czytając tą książkę zdałam sobie sprawę z jeszcze jednej, chyba najistotniejszej sprawy, z którą mam największy problem. I bynajmniej nie chodzi o kupno ciuchów. Mianowicie moim największym problemem jest "poddanie się" woli dobrego wyglądu: Doboru ubrań pod kątem mody. Moja wewnętrzna niepokorna od wieków niezależność, moja indywidualność. Czytając książkę oczami wyobraźni widziałam moje już bazowe stroje i to, że ich noszenie na mnie jest niemodne. Nie dobrane.
Nie mam czasu na podążanie za trendami, ale widzę, że jako kobieta potrzebuję czasem dobrej rady, czasem paru cennych informacji. I nie chodzi mi tylko o odzież, ale i kosmetyki, włosy. Zawsze twierdziłam, że nie wolno zatracić siebie, że macierzyństwo nie może zniewolić kobiety. A jednak sama się temu poddałam.
Od kilku tygodni znów edukuję się pod kątem pielęgnacji cery, ciała, czy makijażu. Komercja napędza niesamowicie, ale zachowanie zdrowego rozsądku i mimo wszystko wiedza w danym zakresie jest podstawą.

Jako kobieta odkryłam swoją kobiecość na nowo. Sama po sobie widzę, że teraz to jest mój czas. To co osiągnęłam sama dla siebie: figura, która daje mi poczucie swobody i kochania swojego ciała. Mimo, że poporodowego, ale mojego:)

 Efekty teraz to tylko mój wysiłek z ostatnich dwóch lat. Nic nie zrobi się samo, trzeba się samemu zaprzeć w sobie i słuchać tych, którzy dobrze radzą, motywują.

Jednak najistotniejsza jest wiedza i jej pogłębianie w danej tematyce. Mnie wiele pomogła Ania Lewandowska. Przede wszystkim dzięki nabytej od niej świadomości żywienia. Ćwiczenia i motywacja przyszły potem.

Wracając do stylu, mam już swój własny jego szkic. Powoli kompletuję i wdrażam go w życie, ale to długotrwały proces. Nie znaczy to, że zaraz polecę do zary i przepuszczę fortunę, bo nigdy tam nie kupuję i robić pewnie nie będę. Ale teraz wiem jak dobierać stroje dla siebie w tańszych sklepach.

Polecam tą książkę każdej kobiecie, bez względu na rozmiar i zasobność portfela! Czyta się przyjemnie i loekko. Nie ma w niej przepychu i wymadrzania.

Dzięki Kasiu, za ten niezbędnik i Aniu  Tobie, za jej pożyczenie:*


czwartek, 3 marca 2016

Podstawy

Dziś odstawiłam jeszcze dokładne porządki i planowanie tygodnia. Dziś ostatni wieczór mam Teściową i czuje się, jakby ktoś zabrał mnie na wakacje. Takie nie z drinkami z palemnka, ale takie bez gonitwy i ciągłego patrzenia za dziećmi. Chłopcy są wniebowzieci, bo jest babcia tylko dla nich na okrągło. Ja z boku, całkiem z boku. No wyżywić muszę ferajne, ale to czysta przyjemność, kiedy nie muszę mieć jeszcze oczu dookoła głowy:)
Dziś pali się moja świeczka, w sypialni unosi się jej zapach werbeny, maż na treningu footballowym,  a ja za rekomendacją moich kobietek zaczynam zgłębiać tajniki stylu:)
Dobrego wieczoru.

środa, 2 marca 2016

Home, sweet home

Dziś wróciliśmy z olusiem do domu ze szpitala. Całe szczęście zjedzenia, a raczej kosztowanie przez mojego syna żelu zapachowego w klozecie nie skończyła się ani czyszczeniem żołądka, ani poparzeniem przełyku, ani zatruciem. Jednak obserwacja musiała być. Dziś jesteśmy już w domu. Olkowy anioł stróż ma naprawdę kupę roboty. Ja przywiozlam że szpitala migrene, ale to już powoli za mną.

Będąc nadal pod wpływem 52 tygodni, dziś postawiłam nacodrobine relaksu. Na odrobinę dla siebie. Zapalilam świece o zapachu werbeny (obłedny). W sypialni zapalilam te, które do tej pory były tylko dekoracja. I po paru minutach mąż ukazał jaki drzemie w nim romantyk:"chcesz spalić matrycę"???? Tak wiem, romantyk;)
Uwielbiam ta książkę. Dawkuje sobie ja po rozdziale raz w tygodniu. Cholernie genialna jest ta książka:)

wtorek, 1 marca 2016

Szpital

Wszystko przy dzieciach toczy się piorunem. Jeszcze chwilę temu ładnie się bawili, a ja miałam iść jutro do pracy, a jestem z olkiem na oddziale pediatrii a Milosz w domu nie walczy, aby nie dac się zapaleniu krtani.
Mam nadzieję, że jutro wyjdziemy, Olkowi nic nie będzie, a Miłosz wyzdrowieje.
I wszystko tak szybko się dziś działo, że nadal jeszcze serce mi kołacze.