Moja lista blogów

środa, 6 grudnia 2017

płacz i lament

Po porannej euforii z nocnej wizyty świętego Mikołaja zostały już tylko wspomnienia. Prezenty rozpakowane, czekają na powrót chłopców z przedszkola. Dziś z tego powodu nie mieliśmy serca ich poganiać, więc zajechaliśmy już na końcówkę śniadania. Jednak szczęśliwi i nieco zawiedzeni. Zawód moim dzieciom sprawiła dziś pogoda, a dokładniej brak śniegu. Z ich bałwanka, który jeszcze wczoraj zdobił nasz ogródek zostało dziś tyle:
Fatalnie, wiem. Płacz i lament był tak okropny, że już myślałam, że w ogóle nie wyjdziemy. Z tego całego chłopców "ubolewania" zestresował się i sam Jakub. Bo przecież jak tak starsi rzewnie płaczą, to musi dziać się coś strasznego. Więc na wyjście całe trio zafundowało mi "lament świętokrzyski". Tak, ze nie wiadomo kogo trzeba było najpierw przytulać, a kogo lulać:) Całą sytuację załagodziły pierniczki świąteczne, które musiały w tej sytuacji opuścić pudełko;)

W dniu jutrzejszym spodziewamy się pozostałych Mikołajów, więc myślę co by tu słodkiego do kawki i herbatki i chyba zrobię szarlotkę.

Popołudniu zaś czeka nas pierwsze domowej roboty sushi. Jup! Matka szarpnęła się na niemożliwe w jej wykonaniu, ale mam pomocnika. Tzn. wczoraj Olek zadeklarował chęć pomocy, kiedy zgłębiałam tajniki tego smakołyku. Sadząc jednak po iskierkach w Jego oczach na widok nowego lego, zostanę z tym sama, a On odda się bez reszty konstruowaniu. No jest jeszcze Jakub, który zawsze jest ze mną:) Już widzę to nasze sushi, kiedy Łukasz będzie z chłopcami budował lego, aj jedna ręka sushi, a druga Kubusia:)

Co by nie było, to fantastyczny dzień.


wtorek, 5 grudnia 2017

Chłopcy chcą mieć siostrzyczkę!

Niedzielny wieczór, powoli zwijamy ferajnę do spania i ot tak po prostu rozwija się rozmowa. Mamo, a kiedy będziemy mieli siostrzyczkę? No myślałam, że z wrażenia kubek upuszczę. Mąż też szybciej ślinę przełknął. A Olek z Miłoszem, tymi swoimi czarnymi oczami patrzą i czekają na odpowiedz. Z lekkim śmiechem informuję, że na razie się na to nie zapowiada (bo przecież nie mogę tak na małe dzieci od razu kubła zimnej wody wylać i powiedzieć, że nie planujemy obecnie). Na moje pytanie, czy chcą mieć siostrzyczkę, obaj odpowiadają z radością zdecydowanym tak! Nawet Kuba majda radośniej nogami i wydaje jakieś "ejjjj..." (jakby wiedział o co come on:)). I od razu zaczynają, że będzie Marysia i wspominają, jak to Oluś planował mieć siostrę Marychę, która okazała się bratem Kubusiem:)).
Potem juz (my, bo dzieci na serio) zaczęliśmy mówić o imionach. Stanęło na tym, że Olek teraz chce brata Filipa (podoba nam się to imię), a Miłosz siostrę Marysię lb Maję. Nie poparli mojej propozycji Helenki:( ale i tak rozmowa była przeurocza:). Pojawił sie tylko jeden problem. Kiedy zapytałam, w jakim pokoju zamieszkało by nowe dzieciątko, obaj odpowiedzieli, że z Kubą bo ich pokoje są ich. A, że Kuba nie ma głosu, to dostał przydział od górnie:):):)
Dobrze, że pora był już spać, bo aż strach było prowadzić ta rozmowę dalej. A tak poważnie, to fajne jest to, że każdy z Nich (puki co) chce mieć więcej niż troje dzieci. Milosz jeszcze chce pięć psów do zestawu i mieszkać tak w bloku:).  Jednak fajnie, że w rodzeństwie widzą taką siłę, radość.
Obecnie nie myślimy o dziewczynce, ale czasem fajnie byłoby tak kupić słodka sukieneczkę z tiulem, kokardka, a nie kolejne spodnie dresowe z psim patrolem;)


poniedziałek, 4 grudnia 2017

Pierniczymy

Spadł śnieg. Cały weekend było cudownie biało. Nasz bałwan nadal gości w naszym ogródku, mimo, że zrobiony w czwartek(a mamy dziś poniedziałek). Chłopcy codziennie zaraz po przebudzeniu biegną do salonu, żeby sprawdzić, czy owy towarzysz jeszcze jest. Jego obecność, tak jak śniegu daje im mnóstwo radości. Wczoraj były sanki i wygłupianki śniegowe:) Od czterech dni moje kaloryfery opanowały mokre kurtki, spodnie, czapki, rękawiczki:) No piękna taka zima:)

W piątek wieczorem zabraliśmy się za pierniczki, bo przecież za kilka dni Mikołaj pewnie wpadnie w nasz komin, a tu biedakowi nie będzie co do mleka dołożyć!;) Tak więc od samego początku Panowie robili ciasteczka dla Świetego i na święta:) I bardzo przyjemnie było mi później odkurzać ta wszechobecną mąkę w kuchni, salonie i jadalni. Ale przy aromacie pieczonych pierniczków, komu nie sprawiałoby to przyjemności?:)






piątek, 1 grudnia 2017

8 miesięcy Kubusia

Dziś Kubuś kończy ósmy miesiąc życia. Ten Gość tak nawywijał w naszym życiu jak mało kto. Rośnie nam wesolutki, słodziutki, przytulak. Śmieszek jakich mało. Rozbujnik z braćmi (już powoli to widzimy).
Kubciu zaczął w tym miesiącu pełzać, zbiera sie do raczkowania. Powoli tez siada. 
Napewno nie jest niejadkiem i napewno upomni sie o swoje, jeśli ktoś w Jego pobliżu próbuje coś zjeść. 
Gaworzy i trajkota jak ruskie radio. 
I zawsze, ale to zawsze śmieje się  ze wszystkiego i do każdego. 
I mama i tata mogą sobie jeszcze takiego słodziaka wycałować i wyprzytulać, bo starsi bracia bardzo chętnie się dadzą wyprzytulać, ale wycałować to już nie;)!

Kubuś może pochwalić się już dwoma ząbkami i kolejnymi dwoma prawie na finiszu.
Bardzo dobrze reaguje na swoje imię, wie, że Kuba to On:) Zaczyna też powoli mówić do nas )\(po swojemu), ale opowiada nam tak jak my jemu:)
Nadal zmagamy się z asymetrią postawy, więc ćwiczeń i rehabilitacji jest sporo. wszystko codziennie z krzykiem i płaczem, ale dla Jego dobra. Muszę sobie tak mówić, bo to jest tak trudne, kiedy musi się gimnastykować swoje dziecko, a Ono tego sobie nie życzy, buntuje się, płacze. Nie znosimy tego oboje.. Ale to nasza wspólna praca nad prosta postawą. W tym miejscu chylę czoło wszystkim mamom, które w większym stopniu niż my codziennie muszą zmagać się z ćwiczeniami, bólem i czasem niemocą. Babeczki, jesteście wielkie!

Kuba jest bardzo zainteresowany oczywiście samochodami! Typowy facet. Jak tylko dorwie któreś autko chłopaków, nie ważne jakiej wielkości i marki, jest najszczęśliwszym pełzaczem na tej planecie:) 
Rośnij nam tak dalej mały Koleszko:*



czwartek, 30 listopada 2017

refleksja...

Czasami podczas takich melancholijnych, cichych, spokojnych dni nachodzą mnie takie trudne myśli. Czasem zastanawiam się, jak wyglądałoby życie moich dzieci i męża, gdyby mnie zabrakło. Tak nagle, gdyby los złamał na pół naszą codzienna sielankę. Gdyby tak nagle w nasze życie wdarła się śmierć, burząc wszystko co bezpieczne, ciepłe, kochające? Nie dziw się. Przecież takie rzeczy się zdarzają. Przecież są rodziny i ludzie, którzy tego doświadczyli, którzy muszą się podnieść i być silnymi po stracie najbliższej osoby.
Chociaż sobie tego nie wyobrażam, że nie mogłabym nie patrzeć jak moje dzieci rosną, chodzą do szkoły, idą na pierwszą randkę, realizują swoje plany, mimo trudności losu..przecież życie jest tak kruche, a los tak przewrotny.
Patrze na tych moich kawalerów, na ich wspaniałego tatę i czuję, że by sobie poradzili. Prędzej czy później, każdy w swoim tempie, na swój sposób...
Zastanawiam się wtedy, czy te słowa, które mówi się najczęściej dzieciom, aby dodać im otuchy, że "mamusia patrzy z nieba" albo "mama cały czas jest przy tobie, czuwa"... Czy to rzeczywiście tak jest, że gdyby nagle zabrakło im mamy, to czy w taki duchowy sposób mogłabym naprawdę przy nich czuwać, chronić?
Wiecie, ja wierze w niebo. Wierzę, że po śmierci jest życie wieczne i w to, że kiedyś się tam wszyscy spotkamy. Tylko, czy kiedy jest się tam, można być i tu, przy swoich dzieciach?
Strasznie nurtuje mnie to pytanie.
Nie wybieram się nigdzie (chyba, że Bóg ma dla mnie inny plan), ale tak czasem nadchodzą mnie takie myśli o życiu. Boję się ich. Boję się tego bardzo.

Parę dni temu czytałam swoje posty z 3 lat wstecz. Tyle wspomnień, myśli, opinii i tyle chwil zapisanych, o których już nie pamiętałam. To wszystko tu jest..Chciałabym bardzo za 15 lat  być tu dalej, pisać i wspominać, to jacy byliśmy. Jak się zmienialiśmy, dorastaliśmy. Aby pamiętać i pisać o uczuciach danej chwili, momentu...Nie dla szerokiej opinii, komentarzy itp. ale dla mojej rodziny, dla utrwalenia wspomnień.

środa, 29 listopada 2017

listopad 2017 w telefonie

Nawet nie zdawałam sobie spawy, że tak szybko przeminie listopad. O dziwo bardzo przyjemny, spokojny dla całej naszej piątki. Tak w telefonicznej karcie pamięci wyglądał ten miesiąc.
Pozdrawiam was serdecznie i życzę udanego grudnia:)




I kto powiedział, że profesjonalna stylistka paznokcia nie może przyjść do mnie do domu i w towarzystwie Jakubka dbała o moje dłonie i paznokcie, co by matka czuła się kobieco;) 










Bo czasem tak własnie jedziemy do przedszkola:)- muszę jeszcze gdzieś skołować trzeci, dla Kuby:)

Bywają i takie chwile....

Poniżej: Fot. 1 Miłosz, Fot. 2 Olek.






Powoli nie mieścimy się w kadrze!!!:)

wtorek, 28 listopada 2017

lekkie osłabienie, czyli trójka w domu

Chłopacy zostali dziś w domu i nie poszli do przedszkola. Wczoraj Miłosz zagorączkował przy podwieczorku, a Olek już w domu. Wirus jak nic. Po raz pierwszy bez żadnego strachu, że nie przeżyję dnia, z czystym sumieniem powiedziałam, że zostają w domu. Ja plus trójka dzieci. Naprawdę wolę, jak chorują razem, bo jak tylko jeden, a drugi w przedszkolu, to już od godziny 10 nie wiedza co ze sobą zrobić i  ciągle pytają, kiedy pojedziemy po brata do przedszkola (mimo, że matka dwoi się i troi, żeby zająć ich czymś ciekawym).  Dziś bawią się wspólnie od samego rana. Kreatywnie, spokojnie, wspólnie. Pomagają sobie i mnie jak tylko widza taka potrzebę. Ja mogę na spokojnie zająć się Kubą, przygotować im zupkę i wspólnie z nimi czytać książeczki.


 Takie cuda stworzyli z lego do zabawy w stację kosmiczna i camping:)




 I zaczęło się, to co nieuniknione: "mamo, zabierz Kubę," "mamo, zabierz go"...:) Bo Pan Jakub już nauczył się pełzać, a przecież pokoje chłopaków, to kopalnia nowych "zabawek".



 Tu Miłosz pisze swoja pierwszą książkę o policjantach:)
Do powrotu męża jeszcze dużo czasu, ale to jest tak wspaniały dzień. Doświadczam wspaniałego macierzyństwa w dniu dzisiejszym:)

i JESZCZE ROZMOWA Z mIŁOSZE:
-MAMO, JA MAM NA IMIĘ MILOSZ ALEKSANDER, A OLUŚ MA ALEKSANDER JEZUS, PRAWDA:) (Olek ma na drugie Józef, ale mu sie pomyliło) :)
 

poniedziałek, 27 listopada 2017

Niedzielna kraina lodu

Wczoraj mąż zabrał nas do krainy śniegu. Przepięknie opruszone drzewa, łąki, góry białym puszkiem. No ten puszek, sporo go było, ale był mięciutki i bielutki. Cudowny, majestatyczny widok pięknej polskiej zimy. I ten mrozik, rześkość powietrza. Bajka, o tak:)
Chłopcy poszaleli na śniegu. Mąż zafundował im tyle wygłupów i biegu pod górę, że w drodze powrotnej ledwo doczłapali do samochodu, ale buzie wesołe, policzki i noski różowiutkie. Sama słodycz. Kubuś spał w siodełku i nawet padajacy snieg na buzię czasem Mu nie przeszkadzał. I to świeże powietrze...
Pozostał mi tylko niedosyt, bo liczyłam, że chociaż do Wodogrzmotów Mickiewicza dojdziemy (bo nad samo morskie oko, nie liczyłam w ogóle, że dotrzemy), ale Miłosz nasz zawodowy maruda, już tak skuczał, że chce wracać, bo go nóżki bolą, że stwierdziliśmy, że nic na siłę. Olek pewnie to by i do Doliny Pięciu Stawów doszedł. Jemu nic nie jest straszne. Ale i tak było wspaniale. Ten ponad 2- godzinny spacer, to była czysta przyjemność.

Na obiad zatrzymaliśmy się w Schronisku smaków Magdy Gessler. Króciutkie menu, nic nadzwyczajnego, eksperymentalnego, za to bardzo polskiego, wyśmienitego i nie drogiego. Smak, Boże jaki smak! Niebiański! Po raz pierwszy od lat jadłam naleśniki takie jak w latach 80-tych robiła moja mama. Naprawdę. Już po pierwszym kęsie wiedziałam, skąd znam ten smak. Od razu do głowy napłynęły obrazki, tamtych chwil, kiedy moja mama po granatowej, lekko ubitej z boku patelni emaliowej widelcem rozprowadzała słoninę, aby potem usmażyć na niej naleśniki. Od wielu lat, moja mama tak juz nie smaży (używa oleju, jak ja). A szkoda, bo ten smak jest tak inny. Niby tylko tłuszcz, a jednak ile zmienia w smaku. To był naleśnik mojego dzieciństwa. Nigdy nie przeżyłam takiej podróży wstecz, poprzez kubki smakowe!!
Dziś lecę po słoninkę i od wczoraj tak zamierzam smażyć w domu naleśniki!:)




Wieczorem, kiedy smerfy zasnęły w swoich łóżeczkach, zrobiłam grzane piwo dla nas. Wyszło wyborne, moje pierwsze z tego przepisu: Grzane piwo Wspaniałe, polecam. Ja zamiast pomarańczy, użyłam mandarynki, bo tylko to miałam;) Na blogu w załączeniu, zdjęcia są bardziej apetyczne niż to moje:)


czwartek, 23 listopada 2017

Partnerzy do ćwiczeń


Ćwiczenia w moim przypadku to głównie mój relaks. Odskocznia od codzienności. Chwila , kiedy dla siebie łączę przyjemne z pożytecznym. Ćwiczę głównie z Chodakowską skalpel, bo to ma bardzo dobre rezultaty dla mojego ciała, ale też samopoczucia. Od niedzieli mam towarzysza do ćwiczeń. Olek:) Facet, który jeszcze się "szwenda", kiedy bracia śpią snem niedźwiedzim! Zobaczył, że mama fika, to On też:) i bez pytania dołaczył. I ćwiczył do samego końca powtarzając ruchy z telewizora i oddychajac równie głośno jak mama:) i czuł ból w tych partiach mięśni co mama:)
Tak mu się spodobało, że od poniedzialku pyta, cy dzis też ćwiczymy albo gdzie mój dres, bo pora ćwiczyć! Obiecałam Mu, że piątki będą nasze i tego się trzymamy. Zasypia bez problemu, bo siły zbiera na ćwiczenia:) Ach, ta motywacja;)
Wczoraj kiedy już cała wycieczka spała i matka tylko o ćwiczeniach pomyślała, obudził się drugi kompan! Jakub z racji idących zębów sypia w kratkę. Więc po zaliczeniu 30 minut drzemki z oczami jak 5 zł dołączył do mamy (bo systematyczność to klucz do sukcesu). Więc w towarzystwie drugiego syna matka się relaksowała. Tak nam szło, że po 10 minutach musiałam przestać, bo albo łapał mnie za skarpetki albo obgryzał nogawki spodni:)
No cóż, mój czas i chwila dla siebie, powoli zamienia się w rodzinne fikanko;) Ale z dwojga złego, kształcimy dobre nawyki. Dobrze, że sypialnia jest duża, bo coś czuję, że w piątek to będziemy na tej naszej podłodze fikać tak w tercecie ;) Jak się jeszcze mąż dołączy, to będziemy musieli przerobić chyba garaż na salę treningową;)