Moja lista blogów

czwartek, 12 października 2017

chcę oszaleć

Nie znoszę takich dni jak dzisiejszy. Wczoraj jeszcze pisałam o tym, jak to sobie  i Kubie ładnie rozplanowałam "wolne tempo życia rano", a dziś goniłam się z czasem, żeby wszystko pozałatwiać i żeby zdążyć ze wszystkim i jeszcze co by Kubek chociaż miał stałe posiłki i drzemki o tych samych porach. Żeby chłopaczyna się nie rozregulował i do tego, żeby miał spokój ducha. I jak to w normalnym życiu bywa, wszystko nie chce się poskładać. Za duże luki czasu między zakupami najpotrzebniejszych tylko rzeczy a lekarzem, korki na mieście (bo Kraków to teraz rozgrzebany tak w remontach, że tego mądrego co je tak zaplanował to bym za j... powiesiła), bo muszę do firmy podjechać i pomóc i Kubę jeszcze nakarmić w między czasie. Potem po chłopców do przedszkola, na spacer, zrobić obiad i....ratunku!!!!!!

Nie mam dziś siły. Czuję się wypompowana życiowo. I jeszcze Miłosz też ma gorszy dzień.I sos jeszcze w piekarniku spaliłam, bo zapomniałam go wyłączyć, kiedy jedliśmy kolację. Wieczorem Olek znowusz sprawdza granice na ile może sobie pozwolić, a na ile nie. Oszaleję.... Dziś chyba oszaleję.
Jutro nie zapowiada się wolniej, bo jeszcze dochodzi wyjście do teatru. Tyle na nie czekałam, a teraz chcę wejść pod kołdrę, zakryć po uszy, aaa jeszcze zjeść dużo good lodów i przespać spokojnie chociaż jedna noc!!!!
I piszę o tym, bo muszę się pozbyć tej złej energii. Tego wstrętnego samopoczucia.

Idę na kąpiel z solą figową. Jeśli to nie pomoże, to jutro oszaleję....

środa, 11 października 2017

pierwszy ząbek

Doczekał się i Jakub swojego pierwszego zęba:) Podobnie jak starsi bracia i On ma swój pierwszy w wieku 6 miesięcy. I na tym koniec podobieństw, bo każdy z Nich ten etap przechodził inaczej! Najlepiej i najłatwiej Milosz. Najgorzej Kuba. Olek tak pośrodku. Tak więc po zarwaniu kilku nocy, ciężkiego płaczu i bezradności (bo nie wiele pomagało), wracamy do ludzi lekko wypoczętych.

Kubuś nasz niestety ledwo zażegnał ból dziąsełek, a już za doznał bólu rehabilitacji. Niestety, ale ma bardzo krzywy kręgosłup, co winne jest Jego ułożenie w łonie mamy. Musimy dość mocno i rygorystycznie pracować i ćwiczyć metoda Voyta, żeby zażegnać widmo skoliozy. Wczoraj popłakałam się i ja przy tych ćwiczeniach. Serce rozdziera nam jak słyszymy te krzyki, ale cały czas trzymam w głowie myśl, że to dla Jego dobra. Cholera, to takie trudne...
Zwolniłam tempo naszego dnia do maksimum, tak, by więcej też maił spokoju i zabawy, a nie bieganiny z matka za załatwieniem wszystkiego. Ostatnie dwa tygodnie tak trochę wyglądały. Odbiło się to i na mnie io moim zdrowiu, więc trzeba to zmienić.

Olek z Miłoszem mega nas dzisiaj zaskoczyli. Olek poprosił Miłosza, aby pomógł mu wybrać ubranie "bo nie wiem co ubrać braciszku:)" Urocze:) Więc Milosz nie tylko Mu wybrał, ale i pomógł ubrać!! Przy zakładaniu skarpetek było najśmieszniej, ale dali radę. Dumna jestem z Nich. Ostanio tak bardzo mi pomagają  tym, że tak mocno się wspierają w takich codziennych detalach:) Teraz zauważam, że są bardziej dorośli i zaradni, niż sobie myślałam.

Korzystając z chwili luźnego poranka wybraliśmy sie na spacer, bo wreszcie pogoda i kalendarz nam to umożliwiły. Pięknie powdychać jeszcze świeżego powietrza, zanim smog znów zagości na kilka miesięcy.

poniedziałek, 9 października 2017

dom

Niedługo minie 5 pelny rok, jak mieszkamy w naszym domu. Kiedy się wprowadzaliśmy nie była jeszcze skończona góra. Nie było mebli, tylko łóżko, stół, krzesła i kuchnia. No i łazienka oczywiście:) Wystarczyło jak dla trojki. Wszystko kończyło się już kiedy tu mieszkaliśmy. W sumie nadal się kończy, ale to juz nie taka "Sparta" jak na poczatku.
Teraz w naszym domu wszystko ma swoje miejsce, powoli się zapełnia podłogi i ściany. Powoli zarysowywuje się nasz dom, tak jak chcemy ( z naciskiem na słowo powoli;)).
Kiedy się wprowadzaliśmy chciałam wszytsko mieć na już. Dograne na ostatni guzik. Gdyby były wtedy fundusze na to wszystko, to pewnie najdrobniejsze detale by były. Wkurzało mnie to, że tak wszystko powoli idzie, że brak ramek z naszymi zdjęciami, że nie mam półek, szafek, świec dekoracyjnych.
Dziś patrząc z perspektywy czasu, widzę jak nasz dom wypełnia sie sam. Jak samoczynnie tworzy się jego klimat. Są ramki z naszymi zdjęciami (choć jeszcze nie powieszone, ale to musi nabrać "mocy urzędowej"- przywykłam). Ale są i czekają na swój czas;) są meble powoli kompletowane, pomieszczenia i pokoje nabierają swojego kształtu i wyglądu, jaki będzie na dłużej.
Przez te pięć lat zdążyliśmy już wymienić zestaw garnków, wytłuc połowę zastawy, kubków i szklanek. Wszystko jest obecnie "z innej parafii". Totalny mix kubkowo- talerzowy. Moje piękne talerze od babci w różyczki ustępują miejsca plastikowym strażakom Samom, Zygzakom itp. Ale to tworzy właśnie nasz dom. Jego prawdziwość. Jego klimat. Mówi wszystko o jego domownikach. Tak właśnie wyobrażałam sobie nasz dom. Chociaż skłamałabym, gdybym nie powiedziała, że chiałabym już końca tej metamorfozy;) Chciałabym już od tego odpocząć, zakończyć całe to wprowadzanie:) Mam głęboka nadzieje, ze ten szósty rok taki będzie.

Tu czuje sie najszczęścliwsza i cieszę się, że udało nam się stworzyć własnie taki dom:)

wtorek, 3 października 2017

urokliwie

 Niesamowite jest uczucie, kiedy za oknem buszują promyki słońca. Kiedy będąc na polu czujesz chłód powietrza, przemieszany z ciepłem słońca. Zapach lisci i mokrej trawy unosi się wysoko. Zapachy jesieni mogę chłonąć bez końca. Mogę godzinami stać w miejscu i patrzeć na te wszystkie kolory, które już spowijają krajobraz. Kocham widok wiewiórek harcujących pod naszym orzechem. Uwielbiam patrzeć, jak młode dzięcioły stukają w nasza wiśnie.  Lubię, kiedy moje dziecko mówi:"mamo, słyszysz jak liście szeleszczą?". Piękna złota polska jesień...

Wczorajszy dzień był przyjemny, wręcz magiczny. W sam raz na spacer i plac zabaw miedzy zajęciami. Kubuś wyspał się wczoraj na świeżym powietrzu, kiedy ja malowałam ich plac zabaw. Zazdroszczę mu takiego snu. Sama najchętniej pospałabym otulona kocem w hamaku, którego nie mam, ale kiedyś mieć będę;)
Uwielbiam patrzeć na chłopców, kiedy po przedszkolu idą z ogromną na plac zabaw. Uwielbiam, kiedy w taką pogodę i w taki dzień szaleja na polu. Uwielbiam, kiedy po powrocie z zajęć siadają na rowery i jeżdżą po całej ulicy aż do ciemnego wieczora. Uwielbiam, kiedy wpadają już chłodni do domu i wołają o ciepły miodek. Uwielbiam zapach palonych liści unoszący się w wieczornej mgle:)


piątek, 29 września 2017

wrzesień w telefonie

Wrzesień przeleciał bardzo szybko. Miesiąc z początku piękny, ciepły i słoneczny, zrobił się deszczowy i jesienny. W tym  miesiącu nie tylko zdjęcia.

Nareszcie miałam chwilę, aby zagłębić się w naprawdę dobra książkę.
Chwila samouwielbienia, czyli matka na codzień;)
Moje dzieci czasem zaskakują mnie pomysłowością, co należy Im dać do parówki:) Tu wersja Miłosza. 
ps. zjadł wszystko oprócz parówki:):)

 Kubuś coraz bardziej zainteresowany jest samochodami chłopców. Największą przeprawę ma z Olkiem, bo Olek ani myśli dzielić sie z Nim jakimkolwiek samochodem.
"Mamo zrobisz mi dziś takie?" A czemu nie:) Babka wielkanocna we wrześniu:)  Przepis Miłosz znalazł w jakiejś starej gazecie w poczekalni. Dobra była:)- polecam ten przepis.

"Mamo mogę zrobić Ci zdjęcie"? Prawy brzeg, palec fotografa;)

Muzeum inżynierii miejskiej- pisałam o tym TU

Spacer. Traktor, to stoimy;) i tak ok. 35 minut zanim chłopina pole objechał:)

Mała nowa pasja:)

Tak właśnie wyglądają romantyczne kolacje we dwoje rodziców z trójką małych dzieci ;);)

Jesień:):):)


Przepiękny film. Zaraz obok "Pamiętnika" wg mnie wspaniała opowieść o milosci. "Wesele w Sorrento"

Kolejny udany wieczór w salonie z Ewą Ch.;) Szkoda tylko, że tych wieczorów było tak mało w tym miesiącu. Ale niesamowicie mnie to odpręża.

Pierwszy taki mój poranek od nie pamiętam kiedy!!! Boże, dziękuję za przedszkola i poranne drzemki Małych Krasnali.

Oprócz zdjęć, dużo było w tym miesiącu muzyki w moim telefonie. To koiło mnie i nastrajało do "życia" w tym miesiącu:) Kurde, z muzyką prasowanie leci raz dwa;)

Eros swoim głosem porywa do wokalnego raju...

Jennifer Lopez. Uwielbiam prawie wszystko, co wyda! Chyba bite 2 tygodnie ciągle grała w moim domu wszystkie swoje utwory:)

W tym miejscu powinna jeszcze znaleźć się Helen Doron i jej kursy, bo moje dzieci słuchają w drodze powrotnej z przedszkola ;)

Dobrego października dla nas wszystkich:)

środa, 27 września 2017

meżczyzna w kuchni

Przy dzisiejszej kolacji miałam prawdziwego pomocnika:) to jedyny puki co facet w naszym domu, który uwielbia gotować. Najbardziej kroić. Dziś mój mały szef kuchni kroil pomidorki koktajlowe do sałatki. Z ogromną precyzją i przyjemnością również próbował:-) 
Najbardziej zaskoczył mnie tym, że tym razem po sobie posprzatal. Deska do mycia, blat wytarty, paluszki oblizane;) Na koniec dumny z siebie, powiedział, że on będzie w przyszłości kucharzem:) to drugi zawód po strazaku, rzecz jasna;)

A to efekty naszej wspólnej pracy:)

poniedziałek, 25 września 2017

skrzydlate ręce

Wracam po tygodniowej niewydolności. Jak mnie coś złapie, to tak, żebym poczuła, a co?! Zwykły katar w ten deszczowy poprzedni  tydzień, połączył się z migreną czterodniową, tak, że we czwartek byłam już bliska agonii! Cale szczęście niebiosa miały mnie i moje dzieci w tym czasie chyba pod swoja opieką, bo sama zastanawiam się jak mogłam w ogóle podnieść głowę z poduszki.  Ale żyję, od soboty mam się dobrze. Za to mój mąż się rozłożył z racji weekendu. Potem okazało się, że Miłosz złapal jakiegoś wirusa, co skutkowało praniem nie tylko pościeli, ale i kołdry i czyszczenia łózka. Cała niedziela zamiast na wielickim półmaratonie odbyła się u nas. Dzieci po tylu dniach zamknięcia przez deszcz w murach przedszkola a potem domu dostawały kociokwiku. Na szczęście kalosze, piekna pogoda i własne orzechy w ogrodzie do pozbierania załatwiły sprawę:) Przeżyliśmy ten czas i to w pięknej wspólnej zabawie na polu! Orzechy wyzbierane, dzieci poszalały w kaloszach we wszystkich ulicznych kałużach, Kuba łyknął drzemki na polku, a matka nie oszalała ;) Co więcej delektowała się tym pięknym jesiennym dniem z synami. Później dołączył i Ślubny do nas, łyknowszy chyba tyle środków przeciw grypowych, że w jego żyłach po dzień dzisiejszy płynie chyba paracetamol zamiast krwii.






 Nie ważne! Ważne że dziś kto miał iść do przedszkola poszedł. Kto do pracy to poszedł, a kto zostać w domu został:)

Nareszcie mam czas, aby nacieszyć się tym małym stworkiem moim kochanym. Zdarza mi się zapomnieć, że to jeszcze taki malutki chłopczyk, przez fakt posiadania starszego potomstwa.  Ale to chyba nie uniknione.
Kubciu jest na etapie poznawania świata bardziej poprzez dotyk. Świadomie dotyka twarzy, przedmiotów. Robi to z taka pasja i ciekawością! Kocham to obserwować! Ręce i nogi latają mu jak oszalale! To ten etap, że gdyby mógł to by odfrunął od tego machania. Te słodkie stópki ma tak wyobijane jak bębenki:)
Wszystko co sie do Niego mówi sprawia mu ogromną radość.

Jest piękny lekko chłodny, ale słoneczny poniedziałek. Ten tydzień, to będzie maraton z wizytami u specjalistów u każdego z chłopców, ale taka dola matki;) Za chwilę obudzimy się w październiku, więc miłego tygodnia dla was:)




piątek, 15 września 2017

idzie idzie...

Jesień wpadła już na dobre chyba. Chłodne poranki z kanapką domowego chleba gryczanego z osełką i miodem od kilku dni goszczą na moim stole. Na tym samym stole stoi już od kilku dni piękny wrzos.Dla mnie to znak, że jesień nadeszła. Jeszcze tylko w tej całej jesiennej kombinacji stołowej brakuje mi dyni.
Ta jesień jest inna jednak pod jednym względem. Nie czekam na nią, nie myślę o niej z braku czasu. Po prostu w nią wpadam. Przechodze obok warzywniaka i patrzę o dynia! Idę do biedry i widzę wrzosy- o już?! Tylko 12 stopni? ale zimno! Jarzębina? ale, że już?
Ale dobrze mi z tym. Nie zajmuję głowy przynajmniej głupotami;) Od kiedy mam trójkę dzieci i męża( a myślimy jeszcze o psie;)), to od niedoboru tych głupot codzienności jestem szczęśliwsza;)
Wieczory z książką znowu wracają powoli do łask:):)

Idzie moja ulubiona jesień i cieszę się niezmiernie!!! Kocham ta porę roku najbardziej na świecie chyba ze wszystkich pór.
Miłego dnia:)




wtorek, 12 września 2017

Kiedy pojawia się kolejne dziecko

Długo zbierałam się do napisania tego posta. Od razu zaznaczę, że opieram się wyłącznie na własnych odczuciach i doświadczeniu. Piszę to dlatego, że może jest ktoś kto ma podobne dylematy i bolączki i potrzebuje takiego wsparcia. Może ktoś potrzebuje tej wiedzy, żeby pomyśleć, że cholera świat się nie kończy, kiedy dowiaduje sie o kolejnej ciąży;)
Zawsze uważałam, że dwójka dzieci to jest mega dużo pracy. I szczerze mówię jest. Kiedy dowiedzieliśmy się, że powiększy się nasza rodzina, kompletnie nie mieliśmy wyobrażenia tego co nas czeka. Oboje  z mężem obstawialiśmy ciężki hardkor i uziemienie nas w domu przy dzieciach. Czy byliśmy przerażeni tym faktem? Tak. Czy byliśmy zdezorientowani i źli na siebie? Tak. Czy runęły wszystkie nasze plany, wyobrażenia naszej rodziny? Tak.
A jaka jest rzeczywistość?
W moim odczuciu to piękno rodzicielstwa. Wszystko samo układa się bez większego wysiłku czasowego, czy fizycznego. Kiedy masz w domu więcej niż dwójkę dzieci, przestajesz myśleć wogóle w kategorii "po równo, tyle samo".  To po prostu jest niewykonalne i wynika z czystej matematyki. Nigdy nie przypuszczałam, że kolejne dziecko wniesie do naszego domu tyle spontaniczności i radości i spokoju! Myślałam, że ugrzęznę w martwym punkcie i z wywieszonym jęzorem będę wychowywać moje dzieci. Nie, nic bardziej mylnego! Mam obecnie więcej czasu, niż przy dwójce( Fakt, prania też mam więcej, ale akurat dobrze, bo lubię prasować;)).  Moje starsze dzieci pokochały nowego członka rodziny bezgranicznie, tak jak My. Nie ma w zachowaniu starszych chłopców już tej walki, buntu między sobą. To zaskakujące, jak bardzo był im potrzebny młodszy braciszek, żeby umieli przestać ze sobą rywalizować. Co mamy z Nimi teraz?  Ano mamy wzajemną troskę, wsparcie, braterstwo. Są oczywiście kłótnie, bójki, dogadywania itp. Ale Brak w tym wszystkim tej chorej rywalizacji o to kto jest lepszy. O względy rodziców.

Jeśli  miałabym popatrzeć na moje małżeństwo z perspektywy kolejnego dziecka, to tez jest ogromna próba dla związku. To szukanie wsparcia psychicznego nie koniecznie przez kobietę. To trudność w pobyciu we dwoje i nie chodzi mi tu o seks. Mam bardziej na myśli wspólne wyjście, rozmowę o naszych potrzebach, marzeniach indywidualnych czy zainteresowaniach. Czasem miałam odczucie, że jestem samotna, przy pełnym ludzi domu. Mimo, że byłam mocno przytulana i kochana. To wszystko trzeba przetrwać. Relacje budować może czasem na nowo. I to nie tylko relacje miedzy partnerami, ale też ojca z kolejnym dzieckiem.

My kobiety dużo szybciej potrafimy dostosować sie do nowych sytuacji, czerpiemy z nich wszystko co dobre. Nie wracamy do przeszłości. Faceci sa niestety prości jak budowa cepa i dla nich nowe sytuacje potrzebują czasem dużo więcej czasu, dużo więcej pokazania, że nowe nie oznacza końca marzeń. Że świat z trójka, czwórką czy ósemką dzieci nadal czeka na podbój. Nie oznacza, tkwienia tylko w rutynie dom- praca- dom. Nie oznacza końca, ale jest pięknym początkiem, jeśli już ten nasz męski delikwent sobie to w głowie poukłada:).

Co dało mi kolejne dziecko, jako kobiecie? Ogromne poczucie własnej wartości. Pewność siebie, która w życiu nie była przeze mnie tak odczuwalna. Czuję spełnienie. Czuję się dobrze sama ze sobą, baaa uważam się za piękną kobietę, mimo obwisłej skóry na brzuchu i zozstępów. Nareszcie czuje się bardzo wartościową i doładowaną pozytywną energią. Mam więcej siły w sobie fizycznej i mentalnej.  Mam większa potrzebę organizacji, co nie ukrywam pomaga również przy utrzymaniu dzieci i domu i czasu dla siebie w ryzach.

Wiecie, co zawsze bawi mnie najbardziej kiedy gdzies jesteśmy? To jak ludzie na nas nieraz patrzą:) Czasem wzbudzamy ogólne zainteresowanie, że nas dużo (a raptem tylko w sumie piecioro). Ale te spojrzenia, kiedy ktoś nas zobaczy:) To jest bardzo zabawne, jak ludzie patrzą na większe rodziny. Czasem w ich oczach widać: "o ja, ale ich dużo", a czasem:" o, ale fajna rodzinka":). Czasem usłyszymy też "oho, efekt 500+":).
 całe szczęście znowu robi sie "moda"  na wieksze rodziny. Sama jestem zaskoczona, jak w ostatnim czasie przybylo par, ktore decyduja się na kolejne dziecko.

Gdybym miała podsumować naszą rodzinę, to jesteśmy najbardziej szczęśliwi chyba właśnie teraz. Kiedy jest nas więcej. Kiedy znowu słychać w domu kwilienie dziecka i kiedy rozwija sie w naszych dzieciach takie silne uczucie braterstwa. Teraz, kiedy przy większej liczbie pracy i obowiązków, nasze uczucia sĄ mocniejsze, mimo, że wspólne chwile to tylko kilkanaście minut wieczorem. Bierzemy z tego co nam dane na maksa. Rozmawiamy i dużo więcej się śmiejemy, żartujemy. Jest swobodniej, fajniej. Chociaz marzy mi się weekend tylko we dwoje albo dobra impreza z mężem.
Lepiej tez organizujemy nasz wspólny czas. Staramy się ciągle chodzic lub wyjeżdżać na wszelakie wycieczki. Poznawać to co nam wszystkim nie znane i pokazywać to chlopcom, czego nie znają. Oczywiscie zaburzenie Miłosza daje nam codziennie popalić, ale uczymy sie z tym żyć. Rehabilituejmy go i wiemy jak działać w chwili ataku. I mozna by powiedzieć, że kolejne dziecko pomogło nam wykryć Jego problem, bo tak poniekąd jest.
Grunt, że trzymamy się razem:)

Tak własnie jest być rodzicem trójki dzieci, puki co:)

Z MOJEGO DOŚWIADCZENIA WIĘCEJ DZIECI, TO SZCZĘŚLIWSZA RODZINA I NAJSZCZĘSLIWSZA KOBIETA,


piątek, 8 września 2017

szachisci


Od kiedy w domu są szachy, chłopcy bardzo chcieli w nie grać. Problem w tym, że 2lata temu gra w szachy oznaczała układanie, rozrzucanie i rzucanie figurkami. Co innego teraz. Od kilku tygodni(kiedy jest czas oczywiście)Łukasz uczy Miłosza gry, a Olek bacznie się przygląda co robią chłopcy.
Wczoraj przed snem wyjeli szachy i grali:) ale naprawdę. Miłosz mówił Olkowi jak ułożyć figurki, jak się nazywają i jak się poruszać po szachownicy. Prawdziwy starszy brat. Niesamowicie rozbawiło mnie jak nazwali krolowke. Prawidłowo to Hetman, dla mnie królowa, dla Miłosza księżniczka, a dla Olka czarownica!!!:) uwielbiam ich. Rozbawili nas tym niesamowicie:)
Powoli zaczyna się mała pasja:)

środa, 6 września 2017

5 miesięcy Kubusia

Jeszcze tak niedawno buszował w brzuchu, a teraz buszuje po domu na swojej macie. Bawi nas swoim uśmiechem, gaworzy i piszczy. Uwielbia chłopców i ich wygłupy. Uwielbia, kiedy do niego podchodzą i mówią do Niego. Kopie wtedy nóżkami i macha rączkami, tak że mógłby odfrunąć:)
Tak mój Mały Kruszek skończył 5 miesięcy! Jest niesamowicie pogodnym i wesołym chłopcem. Miłoszek w jego wieku, też był taki:) Jest niesamowicie uparty i dobrze wie czego chce i w kaszę dmuchać sobie nie daje, mimo wieku;) Plecy Go parzą- pod tym kątem jest bardzo podobny do Olusia, kiedy był w Jego wieku:) Tak jak przypuszczaliśmy, jest takim środeczkiem, miedzy braćmi:)
Jest Promyczkiem w naszym domu, takim powiewem świeżości dla każdego z domowników.

Kubula pięknie jada już warzywa, owoce, kaszki i inne specyfiki, które da mu mamusia:)
Śpi jak suseł, więc nie wiemy co to nieprzespane noce (tylko Olcik nam to zafundował, będąc w Jego wieku).
Ma lekki problem ze skrzywieniem kręgosłupa, ale jest pod czujnym okiem Pani doktor, więc mam taka nadzieje, że unikniemy skoliozy w wieku późniejszym.
Rośnie nam jak na drożdżach i powoli zaczyna próbować siadać i podnosić pupkę:)

Oby zdrówko Mu dopisywało, jak do tej pory i rósł nam dzielnie i pięknie:)

wtorek, 5 września 2017

"truskawka na torcie"

Wczorajszy mecz przejdzie chyba do historii za sprawa "celnych komentarzy Tomka Hajty. Oglądając mecz z mężem zastanawiałam się co tak naprawdę mnie cieszy bardziej; wynik meczu (3:0 nasi), czy to co mówił. Dzisiejsze memy po meczowe ubawiły mnie do łez!:) Przyznam, że Pan Tomasz jest lepszy niż nie jeden kabaret.
Od dziś jest Pan moim idolem jeśli chodzi o komentowanie meczu:)
źródło: internet

poniedziałek, 4 września 2017

ostatni dzień wakacji

W sumie to ostatnie dwa dni, bo akurat wypadł weekend. W sobotę, aby chłopcom zapełnić jak najwięcej czasu zabraliśmy ich do muzeum inżynierii miasta. Genialne miejsce. Najbardziej ciekawi byli tramwajów z różnych dziesięcioleci. A tym czasem najlepiej bawili sie w części z doświadczeniami o kołach! Ledwo ich wyciągnęliśmy na dział o drukarniach i tramwajach:) Jeśli ktoś jeszcze nie był, gorąco polecam!
Popoludniu musieliśmy ich zabrać na dłuuugi spcer po okolicy, bo jeszcze trochę, a rozniesli by dom. Obaj Miłosz zOlkiem dostawali juz kociokwiku,a Kuba przy ich krzykach i piskach sam płakał, bo wrzawa jak na stadionie. Pomogło:)! Tak ich przespacerowałam, że do łózek sami się kładli i zasnęłi w try mig:)
W niedzielę pojechaliśmy do Wieliczki znowu na ten park ze znakami. Chłopcy pośmigali na rowerach, a my nacieszyliśmy oczy. To nic, że w deszczu. Z cukru nie jesteśmy, jak to Miłosz powiedział:)

Dziś poszli do przedszkola- nareszcie!!! Będzie chociaż chwilka spokoju, ale ten czas, który byli w domu był bardzo przyjemny i owocny. Choć bardzo męczący już pod koniec dla nas. Ale takie prawo dzieci:) Dać starym popalić, puki można. Miłosz wstał jak nigdy i nie mógł się już doczekać.Olek z płaczem wyszedł z domu i dzwonił do mnie z trasy chyba że 4razy kiedy go odbiore:) Finalnie mąż doniósł, że obaj pięknie poszli do sali:)
Od dziś zaczynamy również maraton z zajęciami dodatkowymi i tak do końca tygodnia, ale cieszę się, że chodzą na zajęcia które lubią i na które sami chcą chodzić:)

I kilka fotek z soboty:




Wieczorem w niedzielę zapodalam sobie killera z Chodakowska, ale już po niecałych 10 minutach mocno tego pozalowalam;) ledwo zipiac, dojechalam do 15 minut treningu. Padnieta ale naladowana pozytywna energią mogłam iść spokojnie spać;)


piątek, 1 września 2017

słuchać siebie

Niby to takie proste, takie oczywiste. A jednak odnoszę wrażenie, że nie do końca zdajemy sobie sprawę, z własnej siły. Z własnej wyjątkowości. Niby jesteśmy takie niezależne, takie wielozadaniowe, takie bystre i inteligentne, takie instynktowne. A jednak tak często się poddajemy, zapominamy o sobie dla "dobra ogółu". Pozwalamy, aby stereotypy i cudze wyobrażenia mówiły nam jakie mamy być, jak powinnyśmy czuć, co myśleć, żeby nie dać innym odczuć, że jesteśmy inteligentniejsze, czy bardziej błyskotliwe.
Od czasu trzeciego porodu czuje po sobie, że ta ja, która była kiedyś nie wytrwa we mnie. 
Potrzebuję realizacji i życia, takiego jakim je widzę ja. Więcej nie oznacza tu imprez co weekend i totalnego olania rodziny. Chcę więcej życia w swoim życiu. Widzę, że tylko poprzez realizację marzeń, myśli, czasem spontanicznego zrywu, życie jest ciekawsze, pełniejsze, bardziej pełniejsze....
Zapomniałam trochę, jak cudownie jest żyć, kiedy poświęca się tez czas na własne zainteresowania. Całe szczęście już sobie to przypomniałam, choć troszkę to trwało. 
Pozwalam sobie od dłuższego czasu na egoizm w praktyce, a nie tylko w teorii jak to bywało dotychczas. Wspaniale jest realizować siebie i domowników dookoła przy okazji, mimo, że mamy każdy inne potrzeby i zainteresowania. To ciężka praca na początku, która wymaga determinacji, bo przecież matka ma tyle obowiązków, a gdzie jeszcze mąż, dom itd. Nie zadowolimy całego świata, ale możemy zagrać mu czasem na nosie i pokazać, że dobro jednostki, to późniejsze dobro ogółu. 
Te kilka miesięcy uświadomiły mi, że najwyższa pora żyć życiem, a nie pozwalać, żeby monotonnie przeleciało nam przez palce. To spore wyzwanie, które realizuję i podnoszę sama sobie za każdym razem.
Wspiera mnie w tym systematyczność i organizacja- te słowa to klucz chyba całego rozwiązania. 
Codziennie zmuszam się, żeby wcześniej wstać. 6;20 to był dla mnie środek nocy. Teraz to godzina mojej pobudki. Ogarniam siebie i Kubę, nie daje za wygraną lenistwu i możliwości dłuższego snu, bo wtedy tracę zbyt wiele czasu, dzień mi się rozjeżdża, a przy trójce dzieci i obowiązkach to raczej rozjazd nie wskazany;)
Dzięki niedużej "dyscyplinie" mam czas na książki i ćwiczenia. Mam czas na maseczki i inne bibeloty uipększające, które serwuje sobie raz w tygodniu zawsze w tym samym dniu.  Dzięki temu moja twarz i ciało się w miarę prezentują. Dzięki organizacji i kombinatoryce mogę myśleć swobodnie o wspólnym wyjściu z mężem, bo gdzieś uciekała nam już powoli wspólna pasja, obcowanie, czas razem. 
Kołowrotek życia i pęd za dokończeniem domu zamknął nam jasność myślenia o nas, a powoli zaczynało zachodzić rutyną.  Gdyby nie chęć posłuchania siebie i nie zatrzymania się w miejscu, gdyby nie wysłuchanie własnych pragnień, nie byłabym tu gdzie jestem. Tu ani kasa, ani układy, ani gwiazdka z nieba nie pomogą, jeŚli w głowie nie poukłada sobie człowiek tego co ważne dla niego samego. Przeciez każda z nas zna to powiedzenie:"szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko". Dla mnie był to slogan, który wydawało mi się, że spokojnie wypełniam. Teraz stawiam się życiu, pokazuję i mówię czego chcę i staram się to realizować. Czasem idę z życiem na kompromis, ale nie zbaczam z obranej drogi. 
Tak, siła jest kobietą i nic tego nie zmieni. Musimy tylko same w to uwierzyć, tak naprawdę...

czwartek, 31 sierpnia 2017

sierpień w telefonie

Nie wierzyłam, że to nam się uda. Po tylu latach byliśmy na wakacjach:). Był urlop i mimo, że przy dzieciach ciężko poczuć się jak na "urlopie", czas bardzo pozytywny i bardzo Nam potrzebny. Nie tylko jako parze, ale tez jako pełnej rodzinie. 
Odnowiliśmy też pokój Olka w takim tempie i na ostatnia chwile, że aż się dziwię, że tak gładko poszło;)

Migawki telefonem w sierpniu:

Z Kubisiem :*


Olek otworzył zakład fryzjerski. Tu podczas czesania mamy. Robił mi 'kucyki pony":):) uwielbiam Go:*

Powiem wam, że biedronkowe sushi smaczne. kocham sushi...Ta kulka obok, to przystawka w jednej z restauracji w Rozewiu od szefa kuchni specjalnie dla nas:) Niebo w gębie, a to po prostu pasztet:)
 
Najlepsze burgery ever!!!! Stacja smaku w Wieliczce zdobyła nasze kulinarne serce! Zwłaszcza mojego męża, a On do wybrednych należy;)

To w większości przypadków moja dewiza życiowa. Fajnie było to zobaczyć u kogoś na parapecie:)

Wreszcie się zdecydowałam i was również zachęcam. Tak bardzo chciałabym pomóc.

Olek przez te wakacje bardzo chciał pomagać przy Kubie, kiedy Miłosza nie było. Nie dość, że przewijał pieluszki młodszego brata, to jeszcze Misia:) i Jasna sprawa, że po Kubie musiał jeść Miś:)

Pierwsze ognisko i pierwsze kiełbaski z ogniska naszych dzieci.  Patyczki na ten szczególny dzień, teść strugał już we wtorek, ( ognisko było w sobotę), ale ferajna tak była tym faktem podekscytowana, że nic chłopina zrobić nie mógł, bo ciągle "prosili";) No ale jak się ma 10-cioro wnucząt, to każdy by nie dał rady takiej Ferajnie:)

Nasze wakacje w Jastrzębiej górze:






Przecież 5 godzin w korku nad morzem się stoi, to człowiek musi się posilić;) dobrze, że mieliśmy w bagażniku świeżo kupione borówki na śniadanie dnia następnego:)

Najlepsza kawa i lemoniada na Helu: Rubicon, polecam:) i Pani bardzo uprzejma:)

Wiecie co lubię najbardziej w tym nosidełku? że nie widać brzucha:):)


Kiedy mają dość morza, toną w lego.

Łukasz uczy grać w szachy Miłosza. Ciekawa jestem, czy za kilka lat będą tak siedzieć w jadalni przy stole i dumać nad kolejnym ruchem:) Chciałabym:)...Olcik bawił się jak zwykle lego. Szachy interesują Go tylko jeśli może pobawić się figurkami:)

Ostatnio często urzędujemy w Wieliczce. Tu na placu zabaw i placu rowerkowym dla dzieci. Mega genialne miejsce!

Zdjęcie z cyklu: " bez kija nie podchodź ;)". Tu chyba sprawdzałam, czy oby ta długość sukienki jest wskazana dla matki trójki dzieci. Zawsze tak robię, kiedy mam obiekcje co do wyglądu;)

Po 4,5 roku nasza sypialnia doczekała się lampy. Proszę państwa już nie ma żaróweczek na kabelku, nie, nie:) I pomyśleć, że kupiliśmy ją w szybkim tempie w ikei podczas kupna Olka mebelków:) A tyle lat jej szukaliśmy;) Ileż kłótni było o lampy na zakupach ( w sensie jakie), a tu proszę, idealna;)

Co można zrobić z nadmiaru kartonowych pudeł w domu? Maski:)! Tu batman i spiderman:)

Po prostu Olciu:*

duet idealny:* Za parę miesięcy będzie pewnie tercet;)